sobota, 1 listopada 2014

Rozdzial 4 (?)



                                                                               4
Christian obudzil sie w srodku lasu. Byla dziesiata rano. Przetarl oczy i ziewnal zaspany. Rozejrzal sie w okol siebie. Las, drzewa...I on, calkiem samotny. "Gdzie do cholery jest Max?" - Pomyslal wstajac z miejsca. Domyslil sie ze pewnie tamtego dnia przyniosl tu go a sam poszedl teraz w jakies inne miejsce. Uslyszal za swoimi plecami wesoly glos. Od razu rozpoznal glos Mirandy.
-Dobrze sie spalo? - Spytala z cieplym usmiechem.
-Troche twardo...- Jeknal prostujac plecy. - Ale nie narzekam. Co sie wlasciwie stalo? Pamietam ze wczoraj zemdlalem.
-Moj brat zaniosl cie do tego miejsca i polozyl. - Odparla spogladajac w chmury. - Pozniej poszedl tropic demony. Do tego momentu nie wrocil.
-I ty sie o niego nie martwisz? - Spytal zdziwiony jej radosna reakcja. - Przeciez to twoj brat, moglo mu sie cos stac.
-Spokojnie. - Westchnela kladac sie na trawie. - Mieszka juz tu tyle czasu ze zdazyl sie przyzwyczaic do chodzenia noca. Wroci, spokojnie.
-A co ja mam zrobic?
-Musze odprowadzic cie do domu. - Odpowiedziala zamyslona Miranda. - Nie mozemy sie dluzej toba zajmowac ale wiedz ze Max naprawde cie polubil i bedziemy z niecierpliwoscia oczekiwac twojej nastepnej wizyty. Znajdziesz nas w tamtym mieszkaniu.
-Jestescie kochani. - Chris poczul ze dopiero tutaj, w piekle zdobywa swoich pierwszych w zyciu prawdziwych przyjaciol. Teraz dowiedzial sie co oznacza slowo przyjazn. - Podziekuj Maxowi. Uratowal mi dwa razy zycie.
-W takim razie w droge! - Krzyknela z wielkim optymizmem w glosie. Chlopak nierozumial jej. Musiala pic ludzka krew, zyc wsrod ciagle ich atakujacych demonow i dalej sie usmiechala. "Wszyscy powinni brac z niej przyklad" - pomyslal. Miranda wstala z ziemii otrzasajac jednoczesnie sukienke. Wziela go za reke i pociagnela w strone autostrady na ktorej wczoraj sie znajdowali. Na szczescie bylo to o czwartej rano i nikt ich nie rozjechal co bylo bardzo mozliwe. Szybko przebiegli przez autostrade i ruszyli dalej. Dziewczyna prowadzila Christiana jakby idealnie znala okolice. Po okolo trzydziestu minutach stali pod ich mieszkaniem. Pogoda byla przepiekna. Slonce swiecilo i lekko wial wiatr. Idealnie.
-Pamietaj, przyjdz kiedys do nas. - Odrzekla krotko. - Mieszkasz tam gdzie Matthew, prawda?
-Tak. - Usmiechnal sie.
Wolnym krokiem poszli dalej. "Ciekawe co z Jamesem..." - Aniol westchnal ciezko myslac o przyjacielu. Mial wyrzuty sumienia z powodu tego iz o nim w ostatnich dwoch dniach kompletnie zapomnial. Chcial jak najszybciej go zobaczyc i rzucic sie na szyje. "Mam nadzieje ze zyje".
-Widze ze przyzwyczailes sie juz do tego miejsca. - Powiedziala z podziwem w glosie Miranda. - Ja bym tak nie umiala.
-Jest tu troche dziwnie...- Mruknal cicho tak aby nikt wiecej ich nie uslyszal. - Ale polubilem to miejsce a szczegolnie wszystkich ludzi. Ciekawe czy demony beda dalej mnie atakowac. Mam nadzieje ze to sie juz nie powtorzy bo dalej mam te ohydne rany na twarzy i podbite oko.
-Z czasem sie zagoi. - Rozesmiala sie wesolo. - Juz jestesmy. Pozdrow ode mnie Matthewa, jesli go spotkasz. Nie moge cie odprowadzic do pokoju bo musze wracac do Maxa.
-Rozumiem. - Odparl. - W takim razie do zobaczenia.
-Czesc!
Chris wszedl szybkim krokiem do domu. Od razu zobaczyl siedzacego na korytarzu Matthewa. Mial wielkie worki pod oczami i rozczochrane wlosy. Widac bylo ze nie spal od dwoch dni. "Jezus maria, co ja narobilem." - Pomyslal nastolatek spogladajac na brata. Ten dopiero po kilku sekundach zobaczyl chlopaka. Szybko podszedl do niego i widzac rozbity nos i podbite oko zaslonil usta.
-Co ci sie stalo? - Zapytal ze zdziwieniem w oczach. - Bardzo sie o ciebie martwilem. Co sie z toba dzialo?
-Masz pozdrowienia od Mirandy. - Christian rzucil bratu zlosliwy usmieszek. - Demony mnie zaatakowaly. Myslalem ze umre.
-Wiedzialem ze tak to sie skonczy...- Krzyknal chwytajac sie za glowe. - Jak James bedzie calkiem zdrowy, musze mu powiedziec aby caly czas z toba chodzil. Nie moze spuscic z ciebie oka.
-Nie jest tak zle. - Westchnal. - Nie zabili mnie a co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Przynajmniej tak sie mowi. Uratowal mnie brat Mirandy.
-Od kiedy on ratuje anioly? - Rozesmial sie Matt. - Wydawalo mi sie ze ma do nas wielka odraze. Dziwne.
-Jak to? Mi sie raczej wydaje ze jest bardzo przyjaznie do nas nastawiony. Polubilem go, uratowal mnie dwa razy przed tymi komicznymi stworzeniami. Co z Jamesem?
-Mozesz go odwiedzic. - Powiedzial starszy brat. - Tylko uwazaj, jest powaznie potluczony. Ledwo uszedl z zyciem.
-Jezu...- Chris powaznie przestraszyl sie slow Matta. Ale cieszyl sie w srodku serca ze przyjaciel zyje i go nie opuscil. Jak najszybciej mogl pobiegl do pokoju kolegi. Zapukal dwa razy i nie czekajac na zaden sygnal wbiegl do pokoju z takim impektem ze prawie wyrwal drzwi. Zobaczyl ze James jakby nigdy nic siedzi sobie wygodnie na lozku czytajac ksiazke z poezja. Nie mial zadnych siniakow. W ogole nie wygladal tak jak ujal to brat. James widzac Christiana od razu odlozyl lekture i popatrzyl na przyjaciela obojetnie.
-Czesc. - Powiedzial oschle.
Chris podszedl do niego blizej i usiadl obok na lozku. "Co sie z nim do cholery stalo?" - Pomyslal.
-Nie cieszysz sie ze tu jestem? - Zapytal zawiedziony chlopak. - Bardzo sie o ciebie martwilem, myslalem ze nie zyjesz.
-To ja cie wtedy zostawilem. - Mruknal cicho. - Nie moge teraz na ciebie patrzec. Zawiodlem. Przykro mi.
-Co ty gadasz?
-Przeze mnie prawie cie zabili.
-Wole zeby mi sie cos stalo niz zebys ty umarl, idioto. - Westchnal z cieplym usmiechem Chris.  - Zrobiles to co mogles.
-I tak czuje sie przez to strasznie.
-To przestan. - Chris pokrecil glowa patrzac zmartwiony na kolege. - Nie mozesz winic sie za cos takiego.
-Wiedziales o tym ze Matthew spotkal sie wczoraj z twoja matka? - Spytal zmieniajac szybko temat bialo wlosy. - Podobno jak wrocil byl strasznie wkurzony. Wrzeszczal cos na jej temat ale nie uslyszalem dokladnie.
-Naprawde? - Odparl zdziwiony chlopak. Zastanawial sie czy matka wie ze to byl on czy podal sie pod jakiegos policjanta albo listonosza. - Ciekawe o czym rozmawiali.
-Jak to o czym? - Rozesmial sie. - Oczywiscie ze o tobie. Musisz koniecznie z nim o tym porozmawiac. Mysle ze matka bedzie chciala cie zobaczyc.
-Jest tylko jedna osoba ktora chce zobaczyc w prawdziwym swiecie.
-Jaka? - Zapytal ze zdziwionym wyrazem twarzy James. - Zakladam ze raczej nie jest to twoja matka.
-Powiedzmy ze przyjaciolka. - Mruknal jak najciszej potrafil. - Nie zdazylem sie z nia pozegnac. Pewnie tez mysli ze popelnilem samobojstwo. Jest dla mnie bardzo wazna.
-Rozumiem...- Usmiechnal sie pocieszajaco bialo wlosy. - Musisz jutro z nim pogadac. Moze ci pozwoli, zobaczymy.
Chris zobaczyl ze przyjaciel zrobil sie nagle czerwony jak burak. "Zazdrosny czy jak?" - Pomyslal smiejac sie glosno.
-Co? - Zapytal zawstydzony James.
-Nic. - Christian smial sie jak oszalaly. - Dawno sie tak nie smialem, dziekuje.
-Przeciez nic nie zrobilem...
-Jestes caly czerwony, idioto! - Powiedzial opanowywujac smiech. - Czyzbys byl zazdrosny?
-Zwariowales?! - Krzyknal chlopak walac Chrisa poduszka w glowe. - Ja zazdrosny? Nie ma o co.
-Nie, w ogole...- Rozesmial sie ponownie biorac inna poduszke do reki. Walnal przyjaciela z calej sily w glowe. - Nie mow jakby mnie tu nie bylo.
Po chwili zaczeli tarzac sie ze smiechu po lozku. "Ciesze sie ze go poznalem. W koncu mam z kim pogadac." - Pomyslal Chris z lekkim usmiechem na twarzy. Piec minut pozniej zasneli zmeczeni ciaglym smiechem.

                                                                            ***
Christiana obudzily wczesnie rano promienie swiatla. Przeciagnal sie i podszedl do okna. "Przepiekna pogoda." - Pomyslal i spojrzal na Jamesa. Ten dalej smacznie spal. Chris okryl go koldra i wyszedl z pokoju. Nie jadl nic juz od paru dni a nawet nie czul glodu. "To znaczy ze anioly maja tez jakies plusy..." - Usmiechnal sie do siebie. Zobaczyl stojaca na korytarzu Marie. Niosla ubrania podspiewujac jakas wesola melodie. Widzac Chrisa od razu do niego podeszla z szerokim usmiechem.
-Jak sie spalo? - Spytala. Chlopak zaczerwienil sie wiedzac juz ze sluzaca pewnie widziala jak razem z bialo wlosym przyjacielem tarzali sie po lozku umierajac ze smiechu.
-Dobrze, dziekuje. - Odpowiedzial odwzajemniajac usmiech. - Naprawde mi sie tu podoba. Moze istnieja demony ale jestem przyzwyczajony ze zawsze musza byc jakies minusy i plusy sytuacji.
-Naprawde? - Odparla. - Bardzo sie ciesze ze juz sie tutaj zadomowiles. Matthew jest naprawde szczesliwy, juz dawno nie widzialam go w takim stanie. Bardzo obwinial sie za to ze wczesniej cie tutaj nie zabral. I kazal ci przekazac zebys uwazal na demony jesli bedziesz wychodzil z domu.
-Jest bardzo mily. - Westchnal Chris. - Dalej nie moge go zrozumiec, dlaczego przez te wszystkie lata dalej tak bardzo nienawidzi ludzi. Nie probuje nawet ich poznac. A co do demonow...Uwazam ze maja jakis powod aby nas atakowac. W jakims sensie wspolczuje im. Demony sie nie rodza. One tworza sie na podstawie koszmarnych doswiadczen.
-Tez tak uwazam. - Powiedziala kiwajac glowa ze zrozumieniem. - Porozmawiaj o tym z bratem, moze powie ci cos wiecej o tych dziwnych istotach.
-Jeden z nich krzyczal cos o moim ojcu.
-No widzisz. - Mruknela cicho. - Matt powinien byc teraz w stolowce.  Mozesz tam wstapic i z nim porozmawiac. Ja nie moge ci powiedziec niczego wiecej, sama zreszta niewiem za duzo.
-No dobrze. - Usmiechnal sie. - W takim razie pojde do niego. Mam zreszta do niego kilka spraw. Do widzenia.
Powiedzial radosnym glosem i podazyl za wspanialym zapachem do stolowki. Wszedl do duzego pomieszczenia gdzie zobaczyl siedzacego brata. Pisal cos w jakims zeszycie. Byl wyraznie pochloniety zajeciem. Kiedy zobaczyl Chrisa od razu odlozyl dlugopis i zamknal zeszyt. Spojrzal na niego zdziwiony. Chlopak podszedl blizej i usiadl obok Matta.
-Czesc. - Odparl spogladajac z ciekawoscia na zeszyt. - Mam do ciebie kilka spraw. Mozemy porozmawiac?
-Oczywiscie. - Powiedzial brat. - Musisz wiedziec ze zawsze mozesz do mnie przyjsc kiedy cos cie trapi, zawsze ci pomoge. Nie musisz nawet pytac.
-Dziekuje. - Rzekl nastolatek zdziwiony milym glosem brata. Pierwszy raz widzial go takiego radosnego. "Ciekawe kiedy zamierza powiedziec mi o wizycie u matki." - Pomyslal. - Kiedy moge odwiedzic swiat?
-Twoje drugie cialo jest juz gotowe ale...-  Baknal lekko zmieszany. - Mysle ze powinienes jeszcze pobyc przez jakies dwa tygodnie tutaj. Nie chce abys tak szybko znowu spotkal sie z ludzmi. Przepraszam.
-Mysle ze to ja wybieram co robie. - Stwierdzil mlody patrzac zdenerwowanie na starszego brata. - Nie mozesz mi tego zabronic.
-Robie to dla twojego dobra. - Oswiadczyl Matt aby nie wzbudzac klotni. - Musisz zrozumiec ze nie mozesz sie teraz spotkac z matka.
-Kto powiedzial ze chce sie spotkac akurat z nia?
-W takim razie z kim? - Spytal zaskoczony. - Wybacz mi, myslalem ze chodzi ci o nia.
-A jesli bym chcial to dlaczego nie? - Westchnal Chris. - Ale powracajac do tematu to chce sie z kims pozegnac.
-Nie jestes jeszcze na to gotowy. - Odpowiedzial. - Rozumiem. Kogo chcesz ze soba zabrac? Nie mozesz byc tam sam, demony moga cie w kazdej chwili dopasc.
-Myslalem nad Jamsem...- Mruknal z zamysleniem w glosie. - Ale nie chce go jeszcze bardziej narazac. W koncu mowiles ze moze umrzec z przepracowania. Dlatego zdecydowalem sie na Maxa.
-Jakiego znow Maxa? - Jeknal z zaklopotaniem w glosie Matthew. - No tak, James faktycznie nie jest w formie na takie wyprawy.
-Brat Mirandy, naprawde go nie znasz?
-Dlaczego on?! - Wykrzyknal zirytowany mezczyzna. - Uwazam ze on w zadnym razie nie powinien z toba tam byc.
-Jezus maria...- Steknal Chris. - Ty masz same problemy, wiesz? Nic ci nie pasuje czlowieku.
-Przypomne ci, ze nie jestem czlowiekiem.
-Tak sie mowi. - Rozesmial sie chlopak. - Ale podaj mi jaki kolwiek powod dlaczego nie Max. Uratowal mnie juz dwa razy.
-To wampir.
-Miranda to tez wampir i jest twoja przyjaciolka...- Usmiechnal sie podejrzanie.
-Ona jest inna.
-Ja chce Maxa! - Powiedzial zirytowany sytuacja Christian glosem zrozpaczonego dziecka ktore blaga o cos rodzica. - Ona wcale nie jest inna. Jest taka jak on.
-No dobra. - Brat w koncu dal sie ublagac. - Ale uwazaj na niego. I bardzo cie prosze abys nie dawal mu krwi, dla ciebie moze byc to niebezpieczne. Zreszta w jego sztucznym, prawdziwym ciele nie powinien miec pragnienia.
-Dobra, postanowione. - Odrzekl. - Kiedy i jak mam tam isc?
-Najpierw idz do tego calego Maxa i powiadom go o tym ze to wlasnie jego wybrales. - Westchnal ciezko Matthew. - A pozniej on bedzie wiedzial co robic.
-W takim razie czesc. - Pokiwal reka Chris i wybiegl szybko ze stolowki. Caly czas pamietal gdzie mieszka Max. Tylko zapomnial o demonach.


     

***Rozdzial 3 naszej powiesci. Czyli rozdzial w ktorym praktycznie nic sie nie dzieje ale mozna powiedziec ze jest to cisza przed burza. Burza czyli rozdzial piaty. Do zobaczenia!
   
                                                              
                                         
                                                                       Biedny Chris :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz