Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstep. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wstep. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 listopada 2014

Prolog "Only friends"

                                                   Prolog.
-Co sie z toba ostatnio dzieje? - Zapytala siostra widzac jak Damon ze zmeczeniem opada na kanape. - Wracasz pozno do domu i nawet ze mna nie rozmawiasz.
-Nic sie nie dzieje. - Odparl wlaczajac telewizor. Nie mial ochoty na zwierzenia. Nie mial ochoty na zadne rozmowy.Byl padniety. Dziewczyna jednak nie zamierzala ustapic. Bardzo chciala dowiedziec sie co trapi jej starszego brata. Martwila sie. Gwaltownie sie zmienil, tak po prostu. Z dnia na dzien stal sie innym czlowiekiem. Kiedys zabawny i wyluzowany - Teraz chamski i zbuntowany.
-Przestan. - Westchnela siadajac obok niego. Popatrzyla mu w oczy. Nawet wyglad mu sie zmienil. "Czy to dlatego ze obwinial sie o smierc matki? Nie. To raczej nie to. To bylo pol roku temu...Dlaczego mialby sie teraz tym przejmowac?" - Myslala.
-Daj mi spokoj. - Jeknal wpatrujac sie w obraz telewizora. Akurat lecialy wiadomosci. Kolejne zabojstwa, wypadki, pozary...To samo co codziennie. Nic specjalnego. - Nie moge nawet poogladac w spokoju telewizora?
-Martwie sie, nie rozumiesz? - Powiedziala chwytajac go za lodowata reke. Zawsze mial cieple rece. Nawet zima. Teraz cos sie zmienilo. - Bardzo sie zmieniles. Dlaczego? Mozesz mi powiedziec...
Chlopak gwaltownie wyrwal swoja dlon z uscisku siostry. Byl zmeczony bezsensowna rozmowa. Byl zmeczony zyciem. Monotonia.
-A tobie to nieprzeszkadza? - Spojrzal na Katherine z pytajacym wyrazem twarzy. Dziewczyna poczatkowo nie zrozumiala o co mu chodzi. - Twoje zycie jest monotonne. Caly czas sie ciagnie. Ciagle dzieje sie to samo, ciagle robisz to samo. Wszystko jest beznadziejne. Szare.
-Jezus maria, czlowieku...- Pokrecila glowa z niesmakiem. - To jest jedyny powod twojej zmiany? Wole ciebie z dawnych czasow.
-Odczep sie. - Steknal wylaczajac jednoczesnie telewizor. Wstal z kanapy i udal sie do drzwi. Nalozyl szybko czarne trampki i popatrzyl jeszcze raz na siostre. - Wychodze. Nie bedzie mnie dzis w domu.
Dziewczyna bezradnie wzruszyla ramionami nie wiedzac co moglaby powiedziec w takiej sytuacji. Nie chciala go zatrzymywac, wiedziala ze nawet nie ma tyle sily. Nastolatek nalozyl jeszcze na siebie bluze i wyszedl powolnym krokiem z domu. Kiedy znajdowal sie juz daleko od domu wyciagnal telefon z kieszeni i wykrecil numer Williama. Po kilku sekundach uslyszal cieply glos przyjaciela.
-Halo?
-Czesc. - Odparl cicho Damon. - Moge dzisiaj u ciebie nocowac? Nie chce mi sie wracac do domu. Siostra zrobila mi jakies przesluchanie, masakra...
-Jakie znow przesluchanie? - Rozesmial sie Will. - A poza tym to wpadaj. Wszyscy pojechali do dziadkow ale ja zostalem.
-Pytala sie dlaczego tak sie zmienilem. - Wyjasnil zmieszanym glosem. - W takim razie wsiadam w tramwaj i bede u ciebie za gora pol godziny.
-Okej. - Odparl dalej nie kryjac smiechu. - W takim razie bede czekal bo sam jestem ciekawy co jej powiedziales. Czesc.
-Pa.
Jak najszybciej potrafil pobiegl na przystanek tramwajowy. Mial szczescie bo jego tramwaj powinien byc na miejscu za kilka minut. Faktycznie zjawil sie juz po chwili. Chlopak wsiadl i zajal miejsce obok jakiejs staruszki. Wiedzial ze tak czy inaczej kiedys bedzie musial szczerze porozmawiac z Katherine. Faktycznie ulegl gwaltownej zmianie. Znalazl sobie nowych znajomych, zaczal wychodzic czesciej z domu. Ale czul ze tak bedzie lepiej. Po ostatniej rozmowie z ojcem, kiedy ten zaczal go obwiniac za tragiczny wypadek rodzicielki nastolatka nie chcial przebywac w mieszkaniu kiedy ojciec rowniez tam byl. Nie chcial robic problemu. Czul sie jak jeden wielki problem ktorego nie powinno byc. Chcial jak najszybciej porozmawiac z Willem. Znali sie dopiero miesiac ale czul ze jest jedyna osoba do ktorej moze zwrocic sie z problemem. Razem byli w podobnej sytuacji. Mieli duzo wspolnych tematow i pasji. Lubili sie. Mozna powiedziec ze byli naprawde dobrymi przyjaciolmi. Po dwudziestu minutach Damon wyszedl z tramwaju. Znajdowal sie na przystanku przy ktorym mieszkal przyjaciel. Pokierowal sie do jego domu. W kilka minut byl na miejscu. Zapukal do drzwi duzego domu. Otworzyl mu uradowany William. Mial cala twarz w mace. Na jego bialej koszuli widnial czerwony fartuch do gotowania. Nastolatek wygladal w tym stanie naprawde komicznie, do tego jego bujne brazowe wlosy opadajace na oko. Damon widzac go zaczal sie glosno smiac.
-Co ty wyprawiasz? - Zapytal z trudem opanowywujac smiech. - Nie mow mi ze wziales sie za gotowanie bo nie uwierze...
-Nie marudz tylko wchodz! - Usmiechnal sie Will przepuszczajac przyjaciela. Ten wszedl powolnym krokiem do domu. Zdjal buty i powiesil kurtke na wieszaku. Udal sie do kuchni aby zobaczyc co kombinuje kolega. Bywal tu tak czesto ze znal kazde pomieszczenie. Zobaczyl ze caly blat jest ubrudzony maka i cukrem. Zerknal na ksiazke kucharska lezaca na krzesle. "Sernik." Odwrocil sie w strone przyjaciela.
-Od kiedy ty gotujesz? - Zapytal ze zdziwieniem w glosie. - Poza tym co to za okazja? Znalazles sobie nowa pasje czy jak?
-Zwariowales? - Westchnal opadajac na fotel chlopak. - Gotowanie to dla mnie cos jak czarna magia. Chcialem tylko cos upiec bo nie ma nic do jedzenia oprocz slodyczy a nie chce zebysmy glodowali.
-Jakos sobie poradzimy. - Jeknal Damon siadajac obok Willa. - Ale prosze cie. Posprzataj zaraz caly stol i wez mi z oczu ta ksiazke. Nie masz najwyrazniej zadnego talentu do gotowania, ja cos pozniej wymysle.
-Dobra, ale opowiedz mi o tej sytuacji. - Odrzekl skupionym tonem. - Nigdy nie wspominales ze masz siostre. Zreszta jeszcze duzo o tobie nie wiem. Rzadko cos mowisz.
-Bo nie ma o czym. - Baknal rumieniac sie. - A co do siostry to faktycznie, mam rodzenstwo. Jest mlodsza o dwa lata i kiedys spedzalismy ze soba naprawde duzo czasu. Pozniej to sie zmienilo. Dzisiaj jak wrocilem do domu napadla mnie pytajac co sie ze mna dzieje. Wepchnalem jej jakis kit o tym ze moje zycie jest monotonne czy cos takiego ale boje sie ze pomysli iz mam depresje.
-Musisz mnie kiedys z nia zapoznac. - Usmiechnal sie tajemniczo casanova. - Spokojnie. Jak tam ojciec?
-Zle...- Odparl smutno. - Nie mowilem ci o tym, ale tydzien temu rozmawialem z nim. Powiedzial ze...To moja wina. Ta smierc. Zaczal mnie obwiniac. Mowic ze nie powinienem miec miejsca na tym swiecie. Na koniec mnie uderzyl. Ale bol psychiczny jest o wiele gorszy niz ten fizyczny.
-Co za debil...- Jeknal William spogladajac na kolege. Pierwszy raz w zyciu nie wiedzial co powinien powiedziec w takiej sytuacji. - Szczerze mowiac to on nie powinien byc twoim ojcem. Powinien byl cie wspierac a nie obwiniac! To twoja wina ze matka akurat wtedy poszla cie szukac?! Przeciez mogla zrobic to w kazdym innym momencie. To byl zwykly przypadek. Zabiles ja?! Nie. To ty zaplanowales jej smier?! Nie. Tak wiec to twoja wina? Nie.
Damon jeszcze nigdy nie widzial az tak bardzo zdenerwowanego przyjaciela. Nie widzial nigdy zeby podnosil glos. Pierwszy raz zobaczyl go w takim stanie. Widac bylo ze bardzo martwi sie o chlopaka. Nie chce aby stala mu sie krzywda. "Jak dobrze ze go mam..." - Pomyslal czujac splywajaca lze z oka. Otarl ja szybko rekawem swetra. Nie chcial aby kolega widzial jak placze bo wtedy martwilby sie jeszcze bardziej. Nie chcial jego bolu. Nie mogl patrzec na to jak jest zdenerwowany.
-Ale ona poszla szukac wtedy mnie. Gdybym nie poszedl w tym momencie do tego cholernego miejsca nie musialaby wychodzic z domu...I wtedy to moze ja bym zginal.
-Cicho. - Usmiechnal sie sztucznie Will. Nie wiedzial co zrobic, jak sie zachowac. Mial pustke w glowie. Nie chcial urazic przyjaciela. Wszystkie slowa wydawaly mu sie nieodpowiednie. Dobrze wiedzial dlaczego ta kobieta zmarla. Niby byl to nieszczesliwy wypadek. Nie mial serca powiedziec o tym Damonowi kiedy widzial jak bardzo to przezywa. Nie mial sily. Nie chcial go ranic jeszcze bardziej. Wiedzial jednak bardzo dobrze ze wkrotce Damon rowniez moze zostac wmieszany w ta niebezpieczna gre. I jego rowniez moga zabic do czego nie mogl dopuscic. Musial go chronic i caly czas przy nim przebywac. Inaczej zostanie pozbawiony jedynej waznej osoby w swoim zyciu. - Mysle ze powinienes sie polozyc. Nie mysl teraz o tym. Mozesz spac na moim lozku, ja bede czuwal przy tobie na podlodze.
-Nie musisz ustepowac mi lozka...- Usmiechnal sie zmieszany sytuacja Damon. Widzial jak bardzo Will sie o niego martwi ale nie chcial sprawiac mu jeszcze wiecej problemow. - Przeciez to ja moge spac na podlodze.
-Jak mowie tak to tak ma byc! - Powiedzial odwzajemniajac usmiech chlopak. - Mam cie tam zaniesc czy jak?
-Chce na barana.
-No dobrze dzieciaku...- Westchnal ciezko William. Podszedl do krzesla na ktorym siedzial kolega i schylil sie pozwalajac nastolatkowi na wejscie na jego plecy. Po chwili z dzikim smiechem ruszyli do pokoju. Will rzucil z calej sily przyjacielem o lozko. Ten caly czas probowal opanowac smiech. W koncu czul sie tak jak kiedys.
-Moje plecki. - Jeknal z urazeniem w oczach. - Teraz mnie wszystko boli...
-Teraz mozesz czuc sie jak ja! - Odparl z rozbawieniem. - Przeciez wiesz ze nie jestem taki mlody jak ty.
-Jest pan starszy tylko o rok...
-No coz, starosc nie radosc. - Odpowiedzial widzac szeroki usmiech na twarzy Damona. "W koncu jest wesoly." - Pomyslal nakrywajac go koldra.
-Nawet nie zdazylem sie przebrac.
-Spij w swetrze bo bedzie ci zimno. - Powiedzial zatroskany. - Moja pizama bylaby na ciebie o wiele za duza, maly.
-Wcale nie jestem maly! - Zdenerwowal sie zartobliwie chlopak. - Dziekuje. Myslalem ze juz nigdy nie bede rozmawial z nikim jak kiedys. Ty pokazales mi ze to jest jednak mozliwe.
-Nie masz za co dziekowac. - Usmiechnal sie William. - Przeciez jestes moim przyjacielem. Musze sie o ciebie troszczyc bo sam bys sobie nie poradzil w takim stanie.
Mowiac to wyciagnal przescieradlo z szafy i polozyl je jednym ruchem na podlodze. Po chwili wyciagnal jeszcze gruba koldre z szafy i polozyl je na przescieradle. Wzial ze swojego lozka poduszke i takim sposobem zrobil sobie wygodne, chociaz troche niewygodne legowisko. Zgasil swiatlo i polozyl sie przecierajac oczy.
-Dobranoc.
-Dobranoc. - Odpowiedzial Damon zasypiajac szybko.
"Gra dopiero sie rozpocznie..." - Myslal w nocy Will. Chorowal na bezsennosc. Normalnie zawsze noca czytal ksiazke ale nie chcial budzic przyjaciela ktory od godziny smacznie spal. Dopiero nad ranem udalo mu sie zmruzyc oko. Wiedzial iz teraz bedzie musial bardzo uwazac na kolege bo inaczej wszystko moze sie zle skonczyc. Szczegolnie to ze nastolatek moze dowiedziec sie prawdy.

                                                         
___________________________________________________________________________________
Wczoraj przegladajac bloga na temat Japonii oraz Korei naszla mnie wena na napisanie tego oto prologu nowego opowiadania. Postanowilam nazwac je "Only friends", nazwa bedzie miala bardzo duzo znaczenia w opowiadaniu. Zastanawiam sie tylko czy ktos juz sie domysli o co chodzi Williamowi. Niestety nie jest on prawdapodobnie tylko przyjacielem Damona. Jest kims wiecej. Ale o tym bede pisac w hm, szostym rozdziale? Zobaczymy. Do zobaczenia.

sobota, 25 października 2014

"NORGERIA" Wstep + Rozdzial I

                                    WSTEP
-Jess, poczekaj chwile! - Krzyczala glosem rozpaczy zdyszana Emily biegnac za przyjaciolka. - Czy my nie mozemy normalnie porozmawiac?
-Najwyrazniej po tym co zrobilas nie. - Westchnela spogladajac na nia przewodniczaca klasy. - Jezeli to wszystko to pozwol iz wroce do swojego pokoju.
Dziewczyna odwrocila sie na piecie wchodzac na trzecie pietro po schodach. Lekko zmeczona siegnela po klucz do kieszeni. Nie bylo go.
"Gdzie on do cholery moze byc?" - Pomyslala krecac glowa. Walnela noga w drzwi wiedzac ze i tak one nie ustopia. Ktos zlapal ja za ramiona. Odwrocila sie patrzac zdziwiona.
-Czyzbys znowu zgubila klucz? - Usmiechnal sie Brandon wreczajac jej przed chwila szukany klucz do reki. - Gdzie ty masz glowe.
-Nie twoja sprawa. - Warknela szybko otwierajac drzwi. - A teraz jesli pozwolisz to moglbys sobie stad laskawie pojsc?
-O co ci chodzi? - Spytal wchodzac do malutkiego pokoju. Dziewczyna podazyla za nim siadajac wygodnie na lozku. Chlopak oparl sie o sciane krzyzujac rece na piersi. - Nigdy nie bylas dla mnie taka niemila.
-Przepraszam. - Westchnela spogladajac na niego przepraszajaco. - Po prostu Emily mnie wkurzyla, znow sie za mna ugania i to troche uciazliwe.
-Czy ona nie potrafi zrozumiec ze to w jaki sposob z toba postapila bylo karygodne? - Syknal z nienawiscia w glosie. - Jak ona mogla cie wydac? Przez to prawie wydalili cie ze szkoly.
-Stalo sie. - Powiedziala bawiac sie jednoczesnie poduszka. - Nie cofniemy czasu ale ona musi zrozumiec swoje bledy. Mogla nie gadac dyrektorce o tym ze to ja to wszystko wymyslilam.
-Ona zawsze musi wiedziec wszystko najlepiej. - Odrzekl odgarniajac z twarzy kosmyk wlosow. - Ale nie przejmuj sie nia, pomyslmy lepiej o tej nowej. Jestes w koncu  wiceprzewodniczaca szkoly. Podobno siedziala w poprawczaku, nie? Jak to mozliwe ze przeniesli ja do takiej elitarnej szkoly jak nasza?
Mowiac "elitarnej" Jessica uslyszala kpine w jego glosie. Zasmiala sie glosno jakby uslyszala dobry zart.
-Jej rodzice sa bardzo bogaci. - Stwierdzila opanowywujac smiech. - Dobrze wiesz, ze dla takich dzieciakow nawet jesli popelnia najgorsza zbrodnie znajdzie sie miejsce w naszej szkole.
-Ciekawe za co siedziala...- Rozmyslal ignorujac slowa przyjaciolki. - Narkotyki, zabojstwo albo cos innego?
-Podobno kogos pobila. - Westchnela ciezko przypominajac sobie wydarzenia sprzed kilku lat kiedy to najpopularniejsze dziewczyny z klasy znecaly sie nad nia okladajac piesciami. - Kolezanke czy cos takiego. Nie wiem dokladnie, dlaczego ci na tym tak zalezy?
-Tak po prostu pytam. - Usmiechnal sie idac w strone drzwi. - Zazdrosna jestes czy co? Musze juz isc. Moze jutro wpadne.
Brandon pokiwal reka i wyszedl. To on zawsze bronil Jess przed wszystkimi rywalkami ktore zazdroscily jej dobrych ocen i powodzenia wsrod chlopakow. On byl jej jedynym przyjacielem, zawsze mogla na niego liczyc. A ona i tak czesto traktowala go z pogarda i chamstwem. On jednak nie reagowal na to tylko dalej sie o nia troszczyl. Traktowal ja jak dziecko.
-Musze pokazac mu ze nie musi sie mna opiekowac. - Jeknela cicho do siebie biorac do reki podrecznik z fizyki. Przekartkowala strony ziewajac glosno. Odlozyla go wyraznie znudzona lektura. Podeszla do okna. Zauwazyla jakiegos ucznia przechadzajacego sie po dziedzincu szkolnym. Michael. Dosc popularny chlopak, czesto miala z nim lekcje angielskiego. Byl znanym podrywaczem ktory zawsze musial wtracic sie do rozmowy. Nigdy nie rozmawiali. Nie zwracala na niego specjalnej uwagi ale teraz wydal jej sie samotny i zagubiony. Zauwazyla ze jest smutny. "Ciekawe co moglo sie stac takiemu popularnenu i beztroskiemu kolesiowi." - Pomyslala z usmiechem odchodzac od okna. Popatrzyla na zegarek. Dopiero szesnasta. Za chwile powinien byc podawany obiad w stolowce. Jeknela ciezko i podazyla do stolowki. Przed drzwiami staly juz jakies dziewczyny z innych klas. Przypatrzyla im sie uwaznie. Jedna, zdaje sie Rachel to farbowana blondynka. Jej rodzice to bankierzy, ma duzo kasy i duzo podobnych do niej przyjaciolek. Druga trzymala sie na uboczu ale przysluchiwala sie rozmowie, Jess nie znala jej. Reszty tez nie. To byly jakies nowe osoby z najmlodszych klas. Westchnela. Po chwili drzwi od stolowki otworzyly sie a uczniowie radosnie wbiegli do srodka. Dziewczyna zrobila to samo. Usiadla samotnie na koncu stolu czekajac az kucharze wniosa dania. Oparla sie reka o stol myslac o jutrzejszym dniu. Po chwili jakis nowy kucharz, zniewalajaco przystojny wloch podstawil jej talerz z kotletem i surowka pod nos. Podziekowala grzecznie i zaczela jesc. Zauwazyla ze do sali wszedl Michael, ten ktorego przed chwila widziala na dworze. Usiadl rowniez samotnie kilka miejsc od niej. Spojrzala na niego. "Dziwne, zawsze siedzial otoczony dziewczynami." - Pomyslala. Po kilku minutach skonczyla jesc obiad. Wyszla z sali kierujac sie do pokoju. Natknela sie na korytarzu na dyrektorke, jej ciotke Marize.
-Dobrze ze cie spotykam dziecko! - Usciskala ja serdecznie Mariza. - Mam sprawe, pozwol ze zajme ci troche czasu...
-Cos sie stalo, ciociu? - Spytala spogladajac na kobiete Jessica.
-Nie, po prostu ta nowa uczennica o ktorej ci opowiadalam...- Zaczela Markiza. - Jutro rano bedzie na miejscu, jako wideprzewodniczaca naszej szkoly mam nadzieje ze powitasz ja i pokazesz co powinna zrobic. Bedzie w pokoju 56 na pierwszym pietrze. Pomozesz sie jej rozpakowywac? Jest troche hm... Problematyczna i niemila ale mysle ze sie dogadacie. Przyjdz do niej o dwunastej.
-Dobrze, a gdzie wlasciwie podziewa sie Christian? - Spytala dziewczyna patrzac na ciotke. Christian jest przewodniczacym szkoly, osoba prawie tak wazna jak dyrektorka. Jest wysoki, zawsze ma idealnie ulozone wlosy i przepiekne oczy. Zachowuje sie bardzo powaznie, jakby mial niemal trzydziesci lat. Wiele dziewczyn zakochuje sie w nim, on jednak nic sobie z tego nie robi. Czasem bywa wredny ale Jess lubila go chociaz rzadko rozmawiali. - Ostatnio go nie widuje.
-Zdaje sie ze pracuje nad jakims projektem i moze nie bedziesz go jeszcze widywac przez kilka dni, siedzi ciagle w bibliotece. Jesli bedziesz chciala go spotkac to smialo idz tam.
-Dobrze, dziekuje. - Usmiechnela sie grzecznie kierujac sie do swojego pokoju. Znow jakis projekt, eh. Ten czlowiek byl wrecz pracoholikiem. Ciagle musial sie czyms zajmowac. Po chwili doszla do swojego pokoju. Spojrzala na zegarek. Osiemnasta. "Jak ten czas szybko leci..." - Westchnela kladac sie na lozku. Nawet nie zauwazyla gdy zasnela.

                                                ROZDZIAL PIERWSZY

Obudzila sie punktualnie o dziewiatej. Jessica byla taka zmeczona ze ledwo potrafila naciskajac na przycisk wylaczajacy budzik. Wstala przeciagajac sie sennie i poczula sie jakby zaraz miala zemdlec. Polozyla sie na lozku przykladajac reke do czola. "Super, chyba goraczka" - Westchnela w myslach. Wstala szybko z lozka wyciagajac z szafy mundurek. Wlozyla go szybko i przeczesala kilkoma ruchami szczotki wlosy. Umyla w lazience zeby i zrobila delikatny makijaz. Czula sie jakby zaraz miala umrzec ale nie mogla dzisiaj sobie odpuscic, w koncu byla wiceprzewodniczaca i musiala dbac o uczniow a ta cala nowa dziewczyna widocznie potrzebowala pomocy. Zeszla szybko na sniadanie wiedzac ze juz ma spoznienie. W stolowce nikogo nie bylo. Wziela do reki kanapke i butelke wody lezaca na stole nakrytym bialym obrusem i pospiesznie pobiegla z powrotem do pokoju jedzac jednoczesnie sniadanie. Zauwazyla stojacego na korytarzu Brandona.
-Jak ty wygladasz...- Jeknal na powitanie. Przylozyl jej swoja ciepla duza reke do goracego czola. - Wracaj mi w tej chwili do pokoju, jestes calkowicie rozpalona!
-Co z tego. - Burknela czujac sie jak male dziecko potrzebujace ciaglej pomocy. - Nie musisz mi mowic co mam robic.
-Nie badz taka opryskliwa. - Usmiechnal sie delikatnie. - Masz isc do pokoju i odpoczywac, nie moge ci teraz pomoc bo spiesze sie do dyrekcji...
-Poradze sobe bez ciebie. - Westchnela patrzac na niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Co mu sie nagle stalo? Zawsze jej pomagal, niezaleznie od tego co mial w planach a teraz? Moze wyczul o co chodzi przyjaciolce. Dziewczyna przeszla obok niego i pobiegla szybko do pokoju, nie miala ochoty kontynuowac tej bezsensownej rozmowy. Otworzyla powoli drzwi cieszac sie ze ma przy sobie klucz. Wchodzac do pokoju zauwazyla kompletny balagan. "Posprzatam to pozniej" - Pomyslala. Odkladanie wszystkiego na pozniej, to zdecydowanie byla jej najgorsza cecha. Weszla pospiesznym krokiem do lazienki biorac recznik do reki. Namoczyla go zimna woda i przylozyla sobie go do glowy myslac ze to co kolwiek pomoze. Po chwili odlozyla go i usiadla zrezygnowana na fotelu. Spojrzala na zegarek. Dziesiata, jeszcze dwie godziny do przyjazdu tej nowej dziewczyny. Wziela szczotke do reki i przeczesala jeszcze raz wlosy. Wygladala teraz jak upior, cala czerwona z goraczki z rozchochranymi wlosami stala nie wiedzac co moze zrobic aby wygladac chociaz troche lepiej. Spojrzala na szczotke przypominajac sobie skad ja ma. Ciotka podarowala jej ja kiedy proponowala aby przeniosla sie do jej szkoly, "Akademii Norgerii". Szkola miescila sie obok duzego miasta. Byla bardzo obszerna, urzadzona w nowoczesnym stylu. Wszystko wygladalo tu zjawiskowo i jednoczesnie inaczej niz w normalnym swiecie. Wszyscy uczniowie mieli pozwolenie na odwiedzanie swojego domu raz w roku i wychodzenie ze szkoly raz na trzy miesiace. Panowaly tutaj srogie zasady, za zlamanie pieciu zasad w pieciu miesiecy grozilo wydalenie ze szkoly. Jessica lubila to miejsce. Zaraz po przyjezdzie przydzielili jej duzy pokoj z balkonem i wlasna lazienka. Pokoj byl urzadzony dosc dziwnie. Na scianie wisial duzy obraz przedstawiajacy ksiezyc i morze. Na srodku pokoju bylo wielkie lozko a na nim dziesiec niebieskich poduszek. Na rogu pokoju stalo biale lozko na ktorym postawiony byl laptop zafundowany przez szkole. Nad biurkiem znajdowal sie regal a na nim wiele przeroznych ksiazek, glownie o psychologii. W pokoju znajdowal sie jeszcze duzy granatowy fotel na ktorym lezala rowniez niebieska poduszka. Sciany byly pokryte biala farba. Pokoj byl skromny ale naprawde bajeczny. Jess czula sie tu jak w jakiejs innej rzeczywistosci. Uczniowie od poniedzialku do czwartku musieli przychodzic rano do stolowki na sniadanie i odbywac lekcje od 9:00 do 15:00 za to w zamian za krotkie lekcje mieli duzo zadan domowych i wiele lektur do przeczytania. Po lekcjach odbywal sie obiad a od 16:00 do 22:00 uczniowie przychodzili na obiad, pozniej moza bylo przyjsc w nocy po kolacje. W piatek byl czas wolny, wszyscy mogli robic co chca oprocz przewodniczacych ktorzy mieli wiele zajec do zrobienia, naprzyklad oprowadzanie nowych uczniow po szkole lub uporanie sie z papierkowa robota. W sobote odbywaly sie zajecia sportowe od 7:00 do 10:00 aczkolwiek nie byly one obowiazkowe. A niedziela to dzien w ktorym dyrektorka Markiza gromadzila wszystkich uczniow szkoly w Auli i rozmawiala o zasadach szkolnych, karach oraz wycieczkach. Szkola byla niesamowita, niezwykle dziwny tok nauczania byl bardzo pochlaniajacy. Uczniowie mieli do dyspozycji biblioteke w ktorej znajdowalo sie wiele dziwnych ksiazek i podrecznikow do nauki oraz swietlice w ktorej stal wielki kominek, wiele krzesel, stol do bilardu, sciana do grafitti na ktorej ludzie uczeszczajacy do tej akademii mogli pisac co zywnie chcieli i pokazywac swoja osobowosc. Poza tym byl tam kat do nauki i jeszcze kilka rzeczy do zabawy. Na polowie pierwszego pietra, drugim pietrze i trzecim znajdowaly sie pokoje. Na pierwszym te nalezace do najmlodszych uczniow, na drugim te nalezace do troche starszych i tych najstarszych a trzecie pietro nalezalo wylacznie do dyspozycji dyrkekcji, nauczycieli oraz samorzadu szkolnego w ktory sklad wchodzila rowniez Jessica. W tym miejscu panowal niezwykly klimat. Wszystko bylo magiczne. Oderwane od rzeczywistosci, uczniowie czuli sie jak w bajce. Niestety przewodniczacy nie mieli juz takiego kolorowego zycia i musieli ciagle zyc jednoczesnie uczac sie i zastanawiac sie co zrobic w danej sytuacji jakiegos ucznia. Eh. Jess swietnie sobie z tym radzila bedac wrecz geniuszem nauki. Z kazdego przedmiotu miala szostki lub piatki. Byla niesamowita. Wszystkie inne uczennice niesamowicie zazdroscily jej tego talentu i posady wiceprzewodniczacej wyzywajac ja i wysmiechujac, czasami niektore chcialy na nia napasc ale Markiza, ciotka dziewczyny lub Brandon zawsze tego pilnowali wiec rzadko dochodzilo do takich sytuacji. Jess skonczyla rozczesywac wlosy i nalozyla na usta jeszcze jedna warstwe blyszczyku. Posmarowala rzesy podwojna warstwa tuszu do rzes. Dalej byla cala czerwona. Zakrecilo jej sie w glowie. Polozyla sie szybko na lozku probujac nie stracic rownowagi. Uslyszala ze ktos wchodzi do pokoju. Zobaczyla jak zawsze nieziemsko wygladajacego Christiana. Chlopak wszedl bezszelestnie do pokoju i spojrzal na Jessice lezaca niewinnie na lozku.
-Matko boska, co ci jest? - Spytal z troska w glosie podchodzac do dziewczyny. Polozyl jej reke na czole. Jess poczula jak sie jeszcze bardziej rumieni. - Zdaje sie ze mialas zajac sie ta nowa uczennica, prawda? W takim stanie definitywnie nie mozesz. Zostajesz tu, przespij sie a ja wroce jak sie z nia uporam.
-Naprawde dziekuje. - Usmiechnela sie patrzac na Chrisa. Chlopak odwzajemnil usmiech i wyszedl pospiesznie z pokoju. Mimo tego, ze rzadko rozmawiali zawsze sie o nia troszczyl jak straszy brat mimo wlasnych klopotow. Byl naprawde niesamowity. Martwil sie o wszystkich a sam musial ciezko pracowac jako przewodniczacy akademii. Dziewczyna przykryla sie koldra i szybko zasnela dalej czujac reke chlopaka na swoim czole. Usmiechnela sie do siebie we snie.


                                                             ***
Jessica obudzila sie kilka godzin pozniej widzac siedzacego na fotelu Christiana czytajacego jakas ksiazke na temat sztuki. Widzac ze juz sie obudzila spojrzal na nia zatroskany.
-Witaj. - Powiedzial siadajac obok niej na lozku. - Spalas tylko cztery godziny, zastapilem cie u tej dziewczyny a pozniej czuwalem przy tobie.
Dziewczyna znowu poczula ze sie rumieni.
-Dziekuje ale nie powinienes robic sobie klopotu...- Usmiechnela sie wiedzac ze chlopak ma wiele innych problemow niz zajmowanie sie nia w chorobie.
-Naprawde nie ma za co. - Usmiechnal sie podajac jej ciepla herbate. Jess usiadla na lozku biorac kubek do rak. Upila lyk spogladajac na niego. "Ciekawe czy nie martwi sie ze moglby sie ode mnie zarazic." - Pomyslala odkladajac po chwili kubek na biurko. Spojrzala na ksiazke ktora przed chwila czytal. "Samotnosc i smutek." Kiedys ja czytala. Calkiem ciekawa ksiazka, dotyczyla tego jak ukazac na obrazku emocje osoby ktora malujemy. Dziewczyna niezbyt interesowala sie sztuka ale musiala przyznac ze ksiazka calkowicie ja pochlonela. Chris przylozyl jej ponownie reke do czola usmiechajac sie.
-Temperatura oslabla, do niedzieli powinnas wyzdrowiec. - Westchnal ciezko. - Tylko obiecaj mi, ze do tego czasu w zadnym razie nie bedziesz wychodzic z pokoju.
-Dobrze, prosze pana. - Usmiechnela sie zartujac. Christian odwzajemnil usmiech i wstal z miejsca. W tej chwili zobaczyla jak Brandon z impetem wchodzi do pokoju.
-Ups, przepraszam. - Syknal. Jessica wiedziala ze chlopak nienawidzi Christiana. Nie wiedziala jednak do konca dlaczego. - Przykro mi ze wam przeszkodzilem.
-Spokojnie, juz wychodzilem. - Powiedzial lagodnie przewodniczacy kierujac sie do drzwi. - Czesc Jessi, przyjde do ciebie w niedziele.
Kiedy chlopak wyszedl, Brandon dalej wydawal sie strasznie wkurzony. Popatrzyl na dziewczyne a ona unikajac jego spojrzenia popatrzyla na niebieska sciane. O co mu chodzilo? Teraz to on zachowywal sie jak dziecko, byl zazdrosny czy jak? Nie bylo nawet o co.
-Czego chcesz? - Warknela Jess spogladajac w koncu na niego. - Jezeli chciales upewnic sie czy dobrze sie czuje to nie potrzebuje twojej troski.
-Dlaczego jestes taka wredna? - Spytal siadajac na tym samym fotelu na ktorym siedzial wczesniej Chris. - Zapomnialas ze jestem twoim przyjacielem?
-Przyjacielem? - Westchnela krzyzujac rece na piersi. - Nie jestes moim przyjacielem, czuje sie bardziej jak bym byla twoim dzieckiem.
Chlopaka wyraznie ukuly te slowa. Bladzil przez chwile po pokoju nie wiedzac co ma powiedziec. Po chwili wstal i podszedl do dziewczyny patrzac jej w oczy.
-Czyli zapomnialas kto ratowal cie tyle razy przed tymi idiotkami? - Spytal najwyrazniej zdenerwowany dalej patrzac w jej oczy. - Zapomnialas o tym jak mi przyrzekalas ze na pewno bedziemy zawsze przyjaciolmi?
Dziewczyna umilkla odpychajac go od siebie. Nie wiedziala co w tej chwili powiedziec. Zrobilo jej sie zal brandona i wstyd swojego zachowania. Co ona robi? Po co prowokuje swojego przyjaciela ktory zawsze stal po jej stronie? Po co to cale przedstawienie? Jess wstala i zaczela rozgladac sie po pokoju. Nie wiedziala co zrobic.
-Przepraszam. - Jeknela cicho.
-Nie masz za co. - Stwierdzil usmiechajac sie do niej. Zawsze przebaczal klamiac ze nie ma za co. A bylo. - Jak tam Emily?
-Nie wiem, na razie z nia nie rozmawialam. - Westchnela myslac o bylej przyjaciolce z ktora spedzila prawie caly pobyt w akademii. Dlaczego ona musiala to wszystko zepsuc? Teraz po tej przyjazni zostaly tylko puste wspomnienia.
-Kiedys musisz z nia pogadac i wyjasnic cala sytuacje. - Uznal chlopak spogladajac na Jessice. - Ale rob co chcesz, zawsze ci pomoge.
-Dobrze, ale spac mi sie chce...- Ziewnela kladac sie na lozku. Przykryla sie koldra przecierajac oczy.
-W takim razie do branoc, pamietaj ze zawsze bede twoim przyjacielem i nigdy nie mow ponownie takich klamstw. - Usmiechnal sie wychodzac z pokoju.
Zasnela.

środa, 22 października 2014

"NO NAME" - Wstep.

                                                       WSTEP

-Co tam robisz? - Spytala Kornelia patrzac mi przez ramie. Wystukiwalem smsa do matki. - Hm, czy ty musisz ja o wszystkim powiadamiac?
-W przeciwienstwie do ciebie, jestem odpowiedzialny. - Westchnalem spogladajac na nia z zadziornym usmiechem. 
-Przesadzasz, zreszta znasz moja sytuacje. - Powiedziala owijac sobie czarny kosmyk wlosow wokol palca. - Czasem zastanawiam sie nad tym dlaczego jestes taki spokojny.
-A dlaczego mialbym taki nie byc? - Spytalem piszac dalej wiadomosc. - Nie mam po co sie denerwowac.
-Nie, chodzilo mi oto...- Odparla zastanawiajac sie nad tym co powinna powiedziec. - Po prostu nigdy nie widzialam cie zdenerwowanego.
-A ja cie za to czesto widze w tym stanie. - Odlozylem telefon na polke. Kornelia bywala arogancka, chamska i szczera do bolu. Mimo to lubilem ja. Rozumialem to ze przez jej sytuacje rodzinna byla lekko zagubiona. Rok temu doszlo do wypadku, stracila siostre. Popadla w depresje. Wtedy sie poznalismy. Wspieralem ja przez caly czas az z tego wyszla. Wlasciwie nie do konca. Dalej czesto sie zalamywala ale pozniej wstala na nogi i zyla dalej. Lubilem to w niej. Nie miala zbyt duzo znajomych, byla samotna. Wszyscy jej unikali, nie probowali nawet poznac tylko stwierdzali z gory ze jest brzydka wiec na pewno tez glupia. Ja nie patrzylem na nia w ten sposob. Miala dlugie czarne wlosy i duze niebieskie oczy. Podobala mi sie jej dosc nietypowa uroda i cieply usmiech. Martwila sie o innych nawet tego niepokazujac. Zawsze kiedy bywalem smutny, pocieszala mnie mimo wlasnego samopoczucia. Czulem ze bez jej przyjazni nie dalbym rady. Ostatnio bywala jednak inna, smiala sie wiecej i caly czas ze mna rozmawiala. Czulem ze cos sie dzieje. Nie moglem przypuszczac jednak co. Pewnego dnia, kiedy siedzielismy w moi pokoju nad ksiazkami wkuwajac chemie zauwazylem ze ma czerwone oczy. "Na pewno plakala." - Pomyslalem. Zlapalem ja za reke patrzac w oczy.
-Co sie stalo? - Spytalem zmartwiony. Zawsze mowila mi co sie dzieje, teraz nie chciala nic powiedziec. Pomyslalem ze na pewno to dotyczy mnie. Puscilem jej reke i westchnalem ciezko. Nie bede jej zmuszac do odpowiedzi, jesli bedzie chciala sama kiedys mi powie. Sytuacje powtarzaly sie coraz czesciej. Ona dalej nie chciala mi nic powiedziec. Dwa miesiace pozniej, kilka tygodni przed wakacjami poszedlem do jej mieszkania sprawdzic co robi. Zapukalem do drzwi. Otworzyla mi jakas staruszka.
-Slucham cie, mlodziencze? - Powiedziala z usmiechem. - Szukasz moze czegos?
-Dzien dobry...- Usmiechnalem sie lekko zdziwiony. Nigdy jej tu nie widzialem, czy to byla babcia Kornelii? Podobno cala jej rodzina umarla, miala tylko ojca i matke. - Czy jest Kornelia? 
-Kornelia? - Spytala ze zdziwieniem w oczach. - Przykro mi, lecz nie znam zadnej Kornelii. Ale moze chodzi ci o ta mloda dziewczyne ktora wyprowadzila sie wraz ze swoja rodzina trzy dni temu?
-Wyprowadzila? - Otworzylem usta ze zdziwienia i nagle wszystko ulozylo sie w calosc. Byla smutna, plakala. Juz wiedzialem dlaczego. Nie chciala abym byl smutny jak ona. Po prostu wiedziala juz od dawna ze maja sie wyprowadzic. Z pewnoscia gdzies daleko stad. Juz wiedzialem dlaczego nie odpisywala od dwoch dni na moje smsy. Poczulem sie mimo tego zraniony. Mogla mi powiedziec, zrozumialbym. Dlaczego musieli sie wyprowadzic? Ta mysl caly czas krazyla mi po glowie ale z zamyslen wyrwala mnie staruszka.
-Tak, nie wiedziales o tym? - Usmiechnela sie starsza pani. - Pewnie byles jej przyjacielem, znalam jej rodzicow. Opowiadali mi, ze ich corka caly czas chodzi gdzies z jakims chlopakiem i staje sie to dla nich troche uciazliwe. Wejdziesz do srodka?
-Jezeli moge. - Powiedzialem zdenerwowany i jednoczesnie zdziwiony jej slowami. Dlaczego akurat uciazliwe? Nie robilismy nic zlego, tylko rozmawialismy. Staruszka wpuscila mnie do srodka. Zdjalem buty i wszedlem do salonu. Dobrze znalem ten dom, znalem kazde pomieszczenie bo czesto tu bywalem. Usialem na duzej czerwonej sofie. Wczesniej jej tu nie bylo. Wszystko teraz bylo w tym miejscu takie inne. Kobieta usiadla obok mnie.
-Slyszalam od nich iz byliscie bardzo bliskimi przyjaciolmi. - Westchnela ciezko. - Przez to wszystko ich corka, zdaje sie Kornelia, tak?  Zaczela sie mniej uczyc, palic papierosy...Podobno miala nie zdac do nastepnej klasy. Nie powinnam ci tego mowic i cie oskarzac.
-Slucham? - Nawet nie wiedzialem o tym ze zaczela palic, najwyrazniej wiele o niej nie wiedzialem. Wiedzialem tylko ze to na pewno nie moja wina. Mowila mi ze wszystko ze szkola jest okej gdy pytalem czy potrzebuje pomocy. Zastanawilo mnie to. Czy ona po prostu nie chciala mnie martwic a tak naprawde miala duze klopoty? - Przepraszam, ja nic o tym nie wiedzialem. Zapewniala mnie ze wszystko jest w jak najlepszym porzadku. Kompletnie nie rozumiem tej sytuacji.
-Naprawde? - Zdziwila sie. - Jej rodzice mowili tez o jakis narkotykach, raz wrocila w nocy do domu z rozszerzonymi zrenicami i zachowywala sie bardzo podejrzanie. To dlatego postanowili sie wyprowadzic, aby zabrac ja jak najdalej od twojej osoby.
Poczulem ze lza splywa mi po policzku. O niczym nie wiedzialem, myslalem ze to wszystko co mowi to prawda. Oszukiwala mnie. Tak naprawde pewnie wpadla w zle towarzystwo i zaczela cpac. Dziwne ze niczego nie zauwazylem, spedzalismy przeciez tyle czasu razem...Jej rodzice na pewno sadza teraz ze to moja wina, to cale jej zachowanie. Moglem sie upewnic czy na pewno wszystko jest dobrze a nie wierzyc jej na slowo. W jednej sekundzie stracilem do niej cale zaufanie. Poczulem sie jakby ta staruszka wcale nie mowila o niej. Czy bylo naprawde tak zle?
-Nie martw sie, mlodziencze. - Probowala mnie pocieszyc kobieta. - To nie twoja wina, widze po tobie ze naprawde teraz cierpisz. Przykro mi ze tak ciebie oskarzyli. Moze i lepiej ze sie wyprowadzili, najwyrazniej nic nie wiedziales o tej dziewczynie i moglo w koncu stac sie cos gorszego.
-Moze i ma pani racje. - Westchnalem ciezko spogladajac na nia. - Bede sie juz zbieral, dziekuje za rozmowe. Czuje ze gdyby nie pani nigdy bym sie o niej niczego nie dowiedzial. Naprawde bardzo dziekuje. Do widzenia.
Wstalem z sofy i pokierowalem sie do wyjscia. Lzy automatycznie splywaly mi po policzkach. Myslalem ze tak dobrze ja znam, a jednak. Osoba ktora byla moja przyjaciolka, tak naprawde byla dla mnie calkiem obca. Wyszedlem z mieszkania trzaskajac drzwiami. Wybieglem szybko z bloku. Nie mialem teraz ochoty wracac do domu. Nie mialem na nic ochoty.

***Przepraszam za brak polskich znakow, niestety moj laptop posiada tylko niemieckie ale mam nadzieje ze da sie to przeczytac. Jest to jedynie wstep opowiadania ale mozliwe iz jutro okaze sie pierwszy rozdzial w ktorym Matthew (tak ma na imie glowny bohater) dowie sie jeszcze wiecej o swojej "przyjaciolce" ale nie bede wam "spoilerowac" wiec do pierwszego rozdzialu! :)

                                                                                         TO BE CONTINUED
                                                                                 +Przepraszam iz wstep jest taki krotki.


                                                       

"Story of my life" Wstep.

                                                    Wstęp.
-Widziales ta nowa dziewczyne ktora doszla do nas do klasy? - Spytal Oliver czytajac ksiazke z biologii. Skinalem glowa przegladajac jednoczesnie zeszyt do matematyki. - Nie uwazasz ze ona wyglada jak lalka?
-Przeciez slyszales ze nauczycielka mowila iz ma jakies problemy ze zdrowiem. - Jeknalem nie odrywajac sie od lektury. - Pewnie to dlatego jest taka blada.
-Do tego taka niska i slodka...- Rozmarzyl sie. Poslalem mu tajemniczy usmiech. Dziewczyna nie byla jakas nadzwyczajna. Owszem, byla ladna. Miala dlugie brazowe wlosy i porcelanowa cele. Ubierala sie w dlugie sukienki w kwiatki przez co nie wygladala jak reszta uczennic. Z nikim nie rozmawiala, byla bardzo niesmiala. Wychowawczyni wspominala iz przeprowadzila sie do swojej babci z powodu klopotow rodzinnych. Oliver wyciagnal telefon z kieszeni odrywajac sie od lektury. Zaczal cos wystukiwac na ekranie Iphona.
-Popatrz, znalazlem ja na facebooku. - Powiedzial zadowolony a ja wpatrzylem sie w ekran telefonu. Nie miala zadnych zdjec. - Zaprosze ja i moze jutro z nia porozmawiam, jestem ciekawy jaka jest.
-Rob co chcesz. - Westchnalem obojetnie zmeczony jego codziennymi podrywami. Wrocilem do nauki ale po chwili z czytania wyrwalo mnie pukanie do drzwi. Poszedlem otworzyc. Zobaczylem babcie i jakas stara kobiete w jej wieku.
-Dzien dobry. - Przywitalem sie kulturalnie zapraszajac je do srodka. Zobaczylem ze za starszymi paniami do mojego domu wchodzi ta sama dziewczyna ktora dzis przedstawila nam nasza wychowawczyni. Spojrzalem na nia zdziwiony.
-Czesc wnuczku! - Usmiechnela sie babcia calujac mnie w policzki. - Postanowilam zlozyc ci wizyte bo twojej matki pewnie nie ma. To jest moja sasiadka a to jej wnuczka ktora kilka dni temu sie do nas wprowadzila, Vanessa.
-Zdaje sie ze my juz sie znamy. - Powiedzialem spogladajac na nia porozumiewawczo. - Chodzimy razem do klasy. A co do mamy to jest, siedzi w salonie i oglada telewizje. Idzcie do niej bo pewnie nie uslyszy jak ja zawolam. W takim razie chodz.
Wskazalem gestem moj pokoj. Wspominana przed chwila Vanessa wygladala dosc inaczej niz w szkole. Byla bledsza i miala rozpuszczone wlosy. Byla ubrana w bordowa krotka sukienke. Usmiechajac sie lekko weszla do mojego pokoju. Oliver gdy ja zobaczyl zrobil mine jakby zobaczyl ducha.
-Co ty tu robisz? - Spytal troche niegrzecznie a ja westchnalem i zaczalem opowiadac jak sie tu znalazla. Dziewczyna usiadla na krzesle.
-Chcesz cos do picia? - Spytalem kulturalnie. - Mam herbate, jakis sok...
-Nie, nie rob sobie problemu. - Powiedziala rozgladajac sie po moim pokoju. Usiadlem obok Oliego na lozku czekajac na rozwoj sytuacji.
-Wlasciwie dlaczego sie tu przeprowadzilas? - Spytal moj przyjaciel natarczywie. Vanessa zrobila sie czerwona. Zapadla cisza. Pewnie jest to jakis wrazliwy temat lub jej czuly punkt. - Przepraszam, jesli nie chcesz mowic...
-Nie, to nie twoja wina...- Westchnela wpatrujac sie w podloge. - Moi rodzice zmarli w wypadku miesiac temu wiec musialam wyprowadzic sie do babci. Mam jeszcze brata ale on jest juz pelnoletni.
-Rozumiem. - Jeknal zawstydzony ze poruszyl taki temat. - W kazdym razie jesli bedziesz miala jakis problem mozesz przyjsc do nas.
-Dziekuje, na razie nawet nie mam z kim rozmawiac. - Jeknela bawiac sie poduszka. - Pierwszy raz zmieniam szkole, troche dziwnie sie czuje.
Przypomnialem sobie jak ja zmienialem szkole z powodu przeprowadzki. Rowniez nie mialem na poczatku zadnych znajomych tylko ciagle siedzialem w ksiazkach i uczylem sie na sprawdziany. Po czasie zaprzyjaznilem sie z Oliverem, wtedy byl jeszcze buntowniczy i sprawial wiele problemow, czesto palil i opuszczal lekcje ale kiedy zaprzyjaznilismy sie bardziej przestal ze wzgledu na mnie. To bylo wtedy kiedy moj ojciec rozwodzil sie z matka. Przezywalem to bardzo, mozna powiedziec ze prawie wpadlem w depresje gdyby nie moj przyjaciel. On byl moim jedynym wsparciem, tylko z nim moglem porozmawiac. Usmiechnalem sie do siebie wspominajac dawne czasy.
-To normalne, nie martw sie. - Westchnal Oliver. Pewnie rowniez przypomnial sobie dawnego mnie, samotnego i zagubionego nastolatka. - Wczesniej czy pozniej i tak sobie kogos znajdziesz. Tak jak on mnie.
Wskazal na mnie palcem usmiechajac sie lekko. Odwzajemnilem usmiech spogladajac na Vanesse. Patrzyla na zdjecia postawione na moim biurku. Jedno przedstawialo mnie i matke kiedy bylem jeszcze maly. Drugie mnie i ojca, to bylo rowniez bardzo stare zdjecie bo od rozwodu rodzicow nigdy go ponownie nie widzialem. A trzecie mnie i Olivera, to zdjecie zrobilismy niedawno kiedy siedzielismy w Mcdonaldzie.
-Dlugo sie znacie? - Spytala ciekawie. - Wygladacie na naprawde dobrych przyjaciol, tez bym chciala kogos takiego miec, eh...
-Juz trzy lata. - Odpowiedzialem powoli przypominajac sobie znowu nasze pierwsze spotkanie kiedy to Oliver podszedl do mnie i spytal kim jestem. Tak, bardzo oryginalne przywitanie, wiem. - Dopiero sie tu przeprowadzilas i juz chcesz miec mase przyjaciol, nie jestes czasem zbyt wymagajaca? Nie szukaj ich na sile.
-Nie uwazasz ze troche beznadziejnie jest ciagle byc samemu? - Burknela zdenerwowana moimi slowami. Przeciez nic zlego nie powiedzialem, sama prawda.
-A wolisz stac sama czy miec falszywych przyjaciol? - Odpowiedzialem pytaniem na pytanie tym samym tonem patrzac jej w oczy. Zarumienila sie lekko. Pewnie myslala nad tym co odpowiedziec. Westchnalem wiedzac ze mam racje i spojrzalem na przyjaciela. Czytal cos na telefonie.
-Przepraszam, miales racje. - Powiedziala usmiechajac sie. - Nie chcialam cie prowokowac do klotni...Chyba powinnam juz isc.
-Nie jestem zly. - Oznajmilem spogladajac na nia jednoczesnie krecac glowa. Biedna dziewczyna, jeszcze tyle musi sie o zyciu nauczyc. Moze jednak troche za ostro ja potraktowalem, dopiero stracila rodzicow i moze jest w jakims szoku dlatego mowila takie rzeczy. - W kazdym razie poczekaj troche a na pewno ktos sie znajdzie.
-Dziekuje, jestes naprawde madry. - Stwierdzila a ja usmiechnalem sie dziekujac za komplement. W glowie mialem jednak calkiem cos innego. Nie jestem wcale madry, po prostu wiem troche wiecej od niej. - Czesc.
Vanessa wyszla z pokoju i poszla do babci. Westchnalem biorac do reki ponownie zeszyt z matematyki. Czekalem az Oliver cos powie na jej temat ale on dalej byl zajety telefonem. "Co on tam tak zaciekle czyta?" - Pomyslalem podchodzac do niego. Zerknalem na ekran iphona. Pisal z kims na facebooku. "Uzalezniony" - Westchnalem smiejac sie glosno.
-Z czego tak rzysz? - Usmiechnal sie spogladajac na mnie. - Juz nie mozna sobie nawet na telefonie poczytac?
-Po prostu ciagle wpatrujesz sie w ten pusty ekran. - Pokrecilem glowa. - Moze w koncu bys cos powiedzial?
-O czym? - Spytal jakby dopiero wstal z lozka. Jeknalem ciezko patrzac na niego. On chyba naprawde nieogarnial sytuacji. Spojrzalem na drzwi. - No tak, o tej dziewczynie?
-Byles taki nia zainteresowany a teraz co? - Zdziwilem sie. - Nagle przestales sie odzywac i uczestniczyc w rozmowie, do tego teraz nic nie mowisz. Cos sie stalo?
-Nie, po prostu tak sie zastanawialem nad tym jaki kiedys bylem i ze wlasciwie to ty wyciagnales mnie z tej calej sytuacji. Przepraszam jesli cie zmartwilem.
-To nie byla moja zasluga, to ty mi pomogles i nie masz za co przepraszac, idioto. Poza tym nigdy cie nie pytalem ale skad sie to wszystko wzielo? Twoja matka kiedys opowiadala mi ze cos sie wydarzylo dlatego zaczales pic i palic ale nie chciales o niczym powiedziec. Mi tez nie powiesz?
-To dluga historia, moze kiedy indziej. A ta cala dziewczyna jest dziwna. Ma dziwny charakter. Ten jej tekst o szukaniu przyjaciol...Miales calkowita racje, wiesz? Jest tu dopiero jeden dzien i juz chce miec mase przyjaciol. Wydaje sie byc strasznie zagubiona. Do tego nie wyglada jakby rozpaczala po smierci rodzicow.
-Moze dlatego mowila te bezsensowne pierdoly. Zaloze sie ze jeszcze nie doszla do siebie i nie wie co mowi. W kazdym razie nie jest az taka zla, mozemy od czasu do czasu sie z nia spotkac i jej troche pomoc.
-Jezeli nalegasz to dobrze. Ale nie mam ochoty na znajdowanie dla niej przyjaciol, przeciez umie gadac. To ze jest niesmiala jej nie usprawiedliwia.
-Tez taki bylem, dobrze wiesz.
-No dobra, dobra. Skonczmy ta bezsensowna rozmowe i zacznijmy sie w koncu uczyc bo musze byc o dwudziestej w domu.

            (Wstep opowiadania "Story of my life")
                                                                                                To be continued...