piątek, 31 października 2014

WSTEP (?)

                                                      WSTEP (?)
-Ej, czekaj! - Krzyknela jakas dziewczyna. Christian zatrzymal sie i spojrzal na jej wychudzona sylwetke. Miala dlugie pofarbowane na czerwone wlosy. Byla ubrana w zniszczony bordowy sweter i porwane jeansy. Na nogach miala ciezkie, czarne glany*. "Buntowniczka." - Pomyslal. Dziewczyna podbiegla do niego szybko.
-Zapomniales telefonu. - Usmiechnela sie zdyszana podajac mu urzadzenie do reki. Miala cala twarz w jakiejs czarnej mazi . Wygladala niczym gornik ktory wlasnie wrocil z kopalni. Chlopak rozesmial sie glosno.
-Dziekuje. - Odpowiedzial opanowywujac smiech.
-Jestem Katherine, mozesz mowic do mnie Kath...- Powiedziala zmieszana smiechem Chrisa. - Nie wiem czy mnie kojarzysz, chodzimy razem do liceum.
-Nie przypominam sobie. - Usmiechnal sie chlopak. Stali chwile w milczeniu. - Tak wiec...Chcesz ode mnie cos jeszcze czy to wszystko?
-Trudno pamietac kogos takiego jak ja...- Jeknela cicho. - Mam dziwne wrazenie jakbysmy znali sie juz bardzo dlugi czas.
-Raczej nie, pamietalbym cie. - Powiedzial. - Co ci sie stalo w twarz?
Podal dziewczynie chusteczke. Katherine szybko otarla twarz lekko speszona swoim wygladem.
-To farba, lubie malowac. - Powiedziala wkladajac chusteczke do kieszeni. - Troche sie pobrudzilam i zapomnialam sie powycierac. Nie przejmuj sie tym.
-Widze ze jestes troche roztrzepana. - Rozesmial sie. - Gdzie teraz idziesz? Moze moglbym cie odprowadzic w podziekowaniu za to ze oddalas mi telefon?
-To zaden problem. - Odparla rowniez sie smiejac. - Ale jesli chcesz to zmierzam wlasnie do domu. Mieszkam kilka minut stad.
-W takim razie moge cie odprowadzic. - Odrzekl idac za dziewczyna. Na poczatku sprawiala mu wrazenie wrogo nastawionej do zycia buntowniczki ale okazala sie zyczliwa i artystycznie uzdolniona dziewczyna. "Coz, pozory myla." - Pomyslal zmierzajac za nia. - Nigdy cie jeszcze nie widzialem, ciekawe.
-Tak sie sklada ze ja juz od dawna chcialam z toba pogadac. - Oznajmila patrzac na niego. - Ale dopiero teraz byl jakis powod gdy zobaczylam ze zostawiles na lawce telefon.
-Naprawde? - Zdziwil sie. - Trzeba bylo po prostu podejsc.
Dziewczyna zamilkla. Po chwili doszli do starej, zniszczonej kamienicy. Na murach wszedzie widnialo kolorowe grafitti. Wszedzie lezaly smieci. Chris spojrzal w okol siebie z odraza w oczach. Nigdy nie bywal w takich miejscach.
-Jak widzisz wlasnie tutaj mieszkam...- Westchnela speszona. - Jezeli chcesz to chodz, pokaze ci moj pokoj.
-Dobrze. - Powiedzial probujac nie okazac odrazy do miejsca w ktorym sie znajdowal. Po chwili dziewczyna zlapala go za reke i zaprowadzila do duzych drewnianych drzwi ze starego drewna. Wyjela klucz z torby i zwinnie wlozyla klucz do zamka. Drzwi po chwili uchylily sie lekko. Razem weszli do srodka. Katherine pokierowala go do swojego pokoju. Chlopak zobaczyl maly, przytulny pokoik w ktorym na samym srodku stal kominek. Wszystko bylo tu widocznie stare. Nawet lozko. Jedna sciane zdobilo wielkie grafitti z jakimis dziwnymi napisami. Chris usadzil sie wygodnie na lozku. Kath usiadla na fotelu.
-Wiem ze komus takiemu jak ty to wszystko moze wydawac sie troche dziwne...- Jeknela niesmialo.
-Przestan. - Usmiechnal sie niemrawo. - Widze ze naprawde lubisz bazgrac po scianach. Niesamowity pokoj.
-Nie klam, przeciez widze ze ci sie tu nie podoba. - Stwierdzila patrzac mu w oczy. - Zreszta nie dziwie ci sie. Moglam cie tu nie zapraszac, dopiero sie poznalismy...Glupia sytuacja.
-Przepraszam. - Burknal zawstydzony. - Nie jestem przyzwyczajony do takich...Miejsc. Ciesze sie ze tu przyszedlem i cie poznalem. Jestes inna od wszystkich.
-Niestety jestem. - Ukryla twarz w rekach. Chlopak zobaczyl ze po jej policzku splywa lza. Podszedl do niej i otarl szybko lze po czym przytulil dziewczyne. Nie wiedzial co powiedziec aby nie sprawic jej przykrosci. Katherine szybkim ruchem odsunela go od siebie. - Nie musisz mnie pocieszac, nie chodzi mi o moja biede. Jest wiele biednych ludzi, oni nie sa inni.
-W takim razie o co ci chodzi? - Spytal zdziwiony. Zadna dziewczyna jeszcze go tak nie potraktowala. - To ze wygladasz troche...Inaczej od tych pustych wymalowanych dziewczyn nie znaczy ze jestes inna.
Kath spojrzala na niego piorunujacym wzrokiem. Wstala z fotela i westchnela ciezko. Nie chciala tego robic ale jezeli Chris domagal sie wyjasnien musiala. Machnela dwa razy rekami. Oczami chlopaka ukazaly sie prawdziwe, czarne skrzydla. "Co do cholery?" - Pomyslal.
-Nie gap sie tak. - Mruknela. - Teraz widzisz o co mi chodzi?
-Aniol? - Rozesmial sie glosno. - Czuje sie jak w psychiatryku.
W tym momencie zauwazyl usmiechnietego chlopaka wchodzacego do pokoju Katherine. Mial biale wlosy i czerwone oczy*. Nie wygladal jak czlowiek. Spojrzal na Chrisa z obrzydzeniem w oczach. Pokrecil glowa z niesmakiem.
-Czlowiek? - Westchnal.
-James? - Warknela Kath patrzac na chlopaka. - Moglbys byc troche milszy dla naszego goscia? To ze jest czlowiekiem nie zmienia sytuacji. Jest synem krola.
-Taki marny idiota? - Rozesmial sie glosno bialo wlosy "James". - Nie sadze, to pewnie jakas pomylka. Popatrz jak on wyglada. Nie jest jednym z nas.
Christian patrzyl na nich jak na wariatow z dziwnym wyrazem twarzy. Nie mial pojecia o czym oni rozmawiaja. Nigdy nie poznal swojego ojca, matka zapewniala go ze uciekl za granice gdy zaszla w ciaze. Nie probowal go poznac. Myslal ze jest kompletna swinia ktora bala sie odpowiedzialnosci za to co zrobila. A teraz okazuje sie ze jest jakims "krolem" a osoby ktore wlasnie poznal to anioly?
-O czym wy do jasnej cholery gadacie? - Krzyknal. - Jaki krol? Moze ktos wreszcie wyjasni mi o co tu chodzi?
Bialo wlosy chlopak podszedl do niego i popatrzyl mu gleboko w oczy.
-Faktycznie, to on. - Jeknal rozczarowany. - Jeszcze nie przeszedl przemiany. Musimy go stad zabrac i zawiadomic krola. Po tylu latach go znalezlismy, eh.
-Musialam mu ukrasc komorke i wmowic ze gdzies ja zostawic. - Rozesmiala sie Katherine. - Pewnie nawet nie wie kim sa anioly.
Po chwili Chris poczul ze traci rownowage. Zrobilo mu sie czarno przed oczami. Oparl sie o fotel. Poczul ze mdleje. James zlapal go zwinnie w pasie.
-Przechodzi przemiane! - Krzyknal glosno. - Podaj mi ta niebieska igle ktora ostatnio przynioslem, tak ta!
Wzial do reki dluga, niebieska igle. Chris poczul uklucie. Zemdlal.



*Katherine wyglada mniej wiecej tak jak osoba na zdjeciu: KLIK     Wyglada tak tylko w ludzkiej postaci i ma bardziej rozczochrane wlosy. 
*Art na ktorym wzorowalam postac twarz Jamesa KLIK Chodzi tu tylko o zarys twarzy, ksztalt oczu itp, biale wlosy i czerwone oczy dodalam od siebie aby wygladal bardziej jak "aniol"

***A teraz jak zawsze dodam cos od siebie. Pisalam ten wstep dosc dlugo i jestem zadowolona z rezultatow. Jest on bardzo krotki ale czulam ze nie ma tu nic wiecej co mozna dodac. Bardzo polubilam zadziorny charakter Jamesa o ktorym bedzie troche wiecej w 2 rozdziale. Mam nadzieje ze jestescie w chociaz najmniejszym stopniu zadowoleni z tego co napisalam i bedziecie czytac nastepne czesci w ktorych mam zamiar dodac troche wiecej postaci. +Co do nazwy, nie mam zadnego pomyslu jak moge to nazwac. Mam nadzieje ze wesprzecie mnie swoimi pomyslami, na razie bede podpisywac kazdy post z tym opowiadaniem znakiem "(?)" Do zobaczenia.

                                                                                                   TO BE CONTINUED


                                                                      

sobota, 25 października 2014

"NORGERIA" Wstep + Rozdzial I

                                    WSTEP
-Jess, poczekaj chwile! - Krzyczala glosem rozpaczy zdyszana Emily biegnac za przyjaciolka. - Czy my nie mozemy normalnie porozmawiac?
-Najwyrazniej po tym co zrobilas nie. - Westchnela spogladajac na nia przewodniczaca klasy. - Jezeli to wszystko to pozwol iz wroce do swojego pokoju.
Dziewczyna odwrocila sie na piecie wchodzac na trzecie pietro po schodach. Lekko zmeczona siegnela po klucz do kieszeni. Nie bylo go.
"Gdzie on do cholery moze byc?" - Pomyslala krecac glowa. Walnela noga w drzwi wiedzac ze i tak one nie ustopia. Ktos zlapal ja za ramiona. Odwrocila sie patrzac zdziwiona.
-Czyzbys znowu zgubila klucz? - Usmiechnal sie Brandon wreczajac jej przed chwila szukany klucz do reki. - Gdzie ty masz glowe.
-Nie twoja sprawa. - Warknela szybko otwierajac drzwi. - A teraz jesli pozwolisz to moglbys sobie stad laskawie pojsc?
-O co ci chodzi? - Spytal wchodzac do malutkiego pokoju. Dziewczyna podazyla za nim siadajac wygodnie na lozku. Chlopak oparl sie o sciane krzyzujac rece na piersi. - Nigdy nie bylas dla mnie taka niemila.
-Przepraszam. - Westchnela spogladajac na niego przepraszajaco. - Po prostu Emily mnie wkurzyla, znow sie za mna ugania i to troche uciazliwe.
-Czy ona nie potrafi zrozumiec ze to w jaki sposob z toba postapila bylo karygodne? - Syknal z nienawiscia w glosie. - Jak ona mogla cie wydac? Przez to prawie wydalili cie ze szkoly.
-Stalo sie. - Powiedziala bawiac sie jednoczesnie poduszka. - Nie cofniemy czasu ale ona musi zrozumiec swoje bledy. Mogla nie gadac dyrektorce o tym ze to ja to wszystko wymyslilam.
-Ona zawsze musi wiedziec wszystko najlepiej. - Odrzekl odgarniajac z twarzy kosmyk wlosow. - Ale nie przejmuj sie nia, pomyslmy lepiej o tej nowej. Jestes w koncu  wiceprzewodniczaca szkoly. Podobno siedziala w poprawczaku, nie? Jak to mozliwe ze przeniesli ja do takiej elitarnej szkoly jak nasza?
Mowiac "elitarnej" Jessica uslyszala kpine w jego glosie. Zasmiala sie glosno jakby uslyszala dobry zart.
-Jej rodzice sa bardzo bogaci. - Stwierdzila opanowywujac smiech. - Dobrze wiesz, ze dla takich dzieciakow nawet jesli popelnia najgorsza zbrodnie znajdzie sie miejsce w naszej szkole.
-Ciekawe za co siedziala...- Rozmyslal ignorujac slowa przyjaciolki. - Narkotyki, zabojstwo albo cos innego?
-Podobno kogos pobila. - Westchnela ciezko przypominajac sobie wydarzenia sprzed kilku lat kiedy to najpopularniejsze dziewczyny z klasy znecaly sie nad nia okladajac piesciami. - Kolezanke czy cos takiego. Nie wiem dokladnie, dlaczego ci na tym tak zalezy?
-Tak po prostu pytam. - Usmiechnal sie idac w strone drzwi. - Zazdrosna jestes czy co? Musze juz isc. Moze jutro wpadne.
Brandon pokiwal reka i wyszedl. To on zawsze bronil Jess przed wszystkimi rywalkami ktore zazdroscily jej dobrych ocen i powodzenia wsrod chlopakow. On byl jej jedynym przyjacielem, zawsze mogla na niego liczyc. A ona i tak czesto traktowala go z pogarda i chamstwem. On jednak nie reagowal na to tylko dalej sie o nia troszczyl. Traktowal ja jak dziecko.
-Musze pokazac mu ze nie musi sie mna opiekowac. - Jeknela cicho do siebie biorac do reki podrecznik z fizyki. Przekartkowala strony ziewajac glosno. Odlozyla go wyraznie znudzona lektura. Podeszla do okna. Zauwazyla jakiegos ucznia przechadzajacego sie po dziedzincu szkolnym. Michael. Dosc popularny chlopak, czesto miala z nim lekcje angielskiego. Byl znanym podrywaczem ktory zawsze musial wtracic sie do rozmowy. Nigdy nie rozmawiali. Nie zwracala na niego specjalnej uwagi ale teraz wydal jej sie samotny i zagubiony. Zauwazyla ze jest smutny. "Ciekawe co moglo sie stac takiemu popularnenu i beztroskiemu kolesiowi." - Pomyslala z usmiechem odchodzac od okna. Popatrzyla na zegarek. Dopiero szesnasta. Za chwile powinien byc podawany obiad w stolowce. Jeknela ciezko i podazyla do stolowki. Przed drzwiami staly juz jakies dziewczyny z innych klas. Przypatrzyla im sie uwaznie. Jedna, zdaje sie Rachel to farbowana blondynka. Jej rodzice to bankierzy, ma duzo kasy i duzo podobnych do niej przyjaciolek. Druga trzymala sie na uboczu ale przysluchiwala sie rozmowie, Jess nie znala jej. Reszty tez nie. To byly jakies nowe osoby z najmlodszych klas. Westchnela. Po chwili drzwi od stolowki otworzyly sie a uczniowie radosnie wbiegli do srodka. Dziewczyna zrobila to samo. Usiadla samotnie na koncu stolu czekajac az kucharze wniosa dania. Oparla sie reka o stol myslac o jutrzejszym dniu. Po chwili jakis nowy kucharz, zniewalajaco przystojny wloch podstawil jej talerz z kotletem i surowka pod nos. Podziekowala grzecznie i zaczela jesc. Zauwazyla ze do sali wszedl Michael, ten ktorego przed chwila widziala na dworze. Usiadl rowniez samotnie kilka miejsc od niej. Spojrzala na niego. "Dziwne, zawsze siedzial otoczony dziewczynami." - Pomyslala. Po kilku minutach skonczyla jesc obiad. Wyszla z sali kierujac sie do pokoju. Natknela sie na korytarzu na dyrektorke, jej ciotke Marize.
-Dobrze ze cie spotykam dziecko! - Usciskala ja serdecznie Mariza. - Mam sprawe, pozwol ze zajme ci troche czasu...
-Cos sie stalo, ciociu? - Spytala spogladajac na kobiete Jessica.
-Nie, po prostu ta nowa uczennica o ktorej ci opowiadalam...- Zaczela Markiza. - Jutro rano bedzie na miejscu, jako wideprzewodniczaca naszej szkoly mam nadzieje ze powitasz ja i pokazesz co powinna zrobic. Bedzie w pokoju 56 na pierwszym pietrze. Pomozesz sie jej rozpakowywac? Jest troche hm... Problematyczna i niemila ale mysle ze sie dogadacie. Przyjdz do niej o dwunastej.
-Dobrze, a gdzie wlasciwie podziewa sie Christian? - Spytala dziewczyna patrzac na ciotke. Christian jest przewodniczacym szkoly, osoba prawie tak wazna jak dyrektorka. Jest wysoki, zawsze ma idealnie ulozone wlosy i przepiekne oczy. Zachowuje sie bardzo powaznie, jakby mial niemal trzydziesci lat. Wiele dziewczyn zakochuje sie w nim, on jednak nic sobie z tego nie robi. Czasem bywa wredny ale Jess lubila go chociaz rzadko rozmawiali. - Ostatnio go nie widuje.
-Zdaje sie ze pracuje nad jakims projektem i moze nie bedziesz go jeszcze widywac przez kilka dni, siedzi ciagle w bibliotece. Jesli bedziesz chciala go spotkac to smialo idz tam.
-Dobrze, dziekuje. - Usmiechnela sie grzecznie kierujac sie do swojego pokoju. Znow jakis projekt, eh. Ten czlowiek byl wrecz pracoholikiem. Ciagle musial sie czyms zajmowac. Po chwili doszla do swojego pokoju. Spojrzala na zegarek. Osiemnasta. "Jak ten czas szybko leci..." - Westchnela kladac sie na lozku. Nawet nie zauwazyla gdy zasnela.

                                                ROZDZIAL PIERWSZY

Obudzila sie punktualnie o dziewiatej. Jessica byla taka zmeczona ze ledwo potrafila naciskajac na przycisk wylaczajacy budzik. Wstala przeciagajac sie sennie i poczula sie jakby zaraz miala zemdlec. Polozyla sie na lozku przykladajac reke do czola. "Super, chyba goraczka" - Westchnela w myslach. Wstala szybko z lozka wyciagajac z szafy mundurek. Wlozyla go szybko i przeczesala kilkoma ruchami szczotki wlosy. Umyla w lazience zeby i zrobila delikatny makijaz. Czula sie jakby zaraz miala umrzec ale nie mogla dzisiaj sobie odpuscic, w koncu byla wiceprzewodniczaca i musiala dbac o uczniow a ta cala nowa dziewczyna widocznie potrzebowala pomocy. Zeszla szybko na sniadanie wiedzac ze juz ma spoznienie. W stolowce nikogo nie bylo. Wziela do reki kanapke i butelke wody lezaca na stole nakrytym bialym obrusem i pospiesznie pobiegla z powrotem do pokoju jedzac jednoczesnie sniadanie. Zauwazyla stojacego na korytarzu Brandona.
-Jak ty wygladasz...- Jeknal na powitanie. Przylozyl jej swoja ciepla duza reke do goracego czola. - Wracaj mi w tej chwili do pokoju, jestes calkowicie rozpalona!
-Co z tego. - Burknela czujac sie jak male dziecko potrzebujace ciaglej pomocy. - Nie musisz mi mowic co mam robic.
-Nie badz taka opryskliwa. - Usmiechnal sie delikatnie. - Masz isc do pokoju i odpoczywac, nie moge ci teraz pomoc bo spiesze sie do dyrekcji...
-Poradze sobe bez ciebie. - Westchnela patrzac na niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Co mu sie nagle stalo? Zawsze jej pomagal, niezaleznie od tego co mial w planach a teraz? Moze wyczul o co chodzi przyjaciolce. Dziewczyna przeszla obok niego i pobiegla szybko do pokoju, nie miala ochoty kontynuowac tej bezsensownej rozmowy. Otworzyla powoli drzwi cieszac sie ze ma przy sobie klucz. Wchodzac do pokoju zauwazyla kompletny balagan. "Posprzatam to pozniej" - Pomyslala. Odkladanie wszystkiego na pozniej, to zdecydowanie byla jej najgorsza cecha. Weszla pospiesznym krokiem do lazienki biorac recznik do reki. Namoczyla go zimna woda i przylozyla sobie go do glowy myslac ze to co kolwiek pomoze. Po chwili odlozyla go i usiadla zrezygnowana na fotelu. Spojrzala na zegarek. Dziesiata, jeszcze dwie godziny do przyjazdu tej nowej dziewczyny. Wziela szczotke do reki i przeczesala jeszcze raz wlosy. Wygladala teraz jak upior, cala czerwona z goraczki z rozchochranymi wlosami stala nie wiedzac co moze zrobic aby wygladac chociaz troche lepiej. Spojrzala na szczotke przypominajac sobie skad ja ma. Ciotka podarowala jej ja kiedy proponowala aby przeniosla sie do jej szkoly, "Akademii Norgerii". Szkola miescila sie obok duzego miasta. Byla bardzo obszerna, urzadzona w nowoczesnym stylu. Wszystko wygladalo tu zjawiskowo i jednoczesnie inaczej niz w normalnym swiecie. Wszyscy uczniowie mieli pozwolenie na odwiedzanie swojego domu raz w roku i wychodzenie ze szkoly raz na trzy miesiace. Panowaly tutaj srogie zasady, za zlamanie pieciu zasad w pieciu miesiecy grozilo wydalenie ze szkoly. Jessica lubila to miejsce. Zaraz po przyjezdzie przydzielili jej duzy pokoj z balkonem i wlasna lazienka. Pokoj byl urzadzony dosc dziwnie. Na scianie wisial duzy obraz przedstawiajacy ksiezyc i morze. Na srodku pokoju bylo wielkie lozko a na nim dziesiec niebieskich poduszek. Na rogu pokoju stalo biale lozko na ktorym postawiony byl laptop zafundowany przez szkole. Nad biurkiem znajdowal sie regal a na nim wiele przeroznych ksiazek, glownie o psychologii. W pokoju znajdowal sie jeszcze duzy granatowy fotel na ktorym lezala rowniez niebieska poduszka. Sciany byly pokryte biala farba. Pokoj byl skromny ale naprawde bajeczny. Jess czula sie tu jak w jakiejs innej rzeczywistosci. Uczniowie od poniedzialku do czwartku musieli przychodzic rano do stolowki na sniadanie i odbywac lekcje od 9:00 do 15:00 za to w zamian za krotkie lekcje mieli duzo zadan domowych i wiele lektur do przeczytania. Po lekcjach odbywal sie obiad a od 16:00 do 22:00 uczniowie przychodzili na obiad, pozniej moza bylo przyjsc w nocy po kolacje. W piatek byl czas wolny, wszyscy mogli robic co chca oprocz przewodniczacych ktorzy mieli wiele zajec do zrobienia, naprzyklad oprowadzanie nowych uczniow po szkole lub uporanie sie z papierkowa robota. W sobote odbywaly sie zajecia sportowe od 7:00 do 10:00 aczkolwiek nie byly one obowiazkowe. A niedziela to dzien w ktorym dyrektorka Markiza gromadzila wszystkich uczniow szkoly w Auli i rozmawiala o zasadach szkolnych, karach oraz wycieczkach. Szkola byla niesamowita, niezwykle dziwny tok nauczania byl bardzo pochlaniajacy. Uczniowie mieli do dyspozycji biblioteke w ktorej znajdowalo sie wiele dziwnych ksiazek i podrecznikow do nauki oraz swietlice w ktorej stal wielki kominek, wiele krzesel, stol do bilardu, sciana do grafitti na ktorej ludzie uczeszczajacy do tej akademii mogli pisac co zywnie chcieli i pokazywac swoja osobowosc. Poza tym byl tam kat do nauki i jeszcze kilka rzeczy do zabawy. Na polowie pierwszego pietra, drugim pietrze i trzecim znajdowaly sie pokoje. Na pierwszym te nalezace do najmlodszych uczniow, na drugim te nalezace do troche starszych i tych najstarszych a trzecie pietro nalezalo wylacznie do dyspozycji dyrkekcji, nauczycieli oraz samorzadu szkolnego w ktory sklad wchodzila rowniez Jessica. W tym miejscu panowal niezwykly klimat. Wszystko bylo magiczne. Oderwane od rzeczywistosci, uczniowie czuli sie jak w bajce. Niestety przewodniczacy nie mieli juz takiego kolorowego zycia i musieli ciagle zyc jednoczesnie uczac sie i zastanawiac sie co zrobic w danej sytuacji jakiegos ucznia. Eh. Jess swietnie sobie z tym radzila bedac wrecz geniuszem nauki. Z kazdego przedmiotu miala szostki lub piatki. Byla niesamowita. Wszystkie inne uczennice niesamowicie zazdroscily jej tego talentu i posady wiceprzewodniczacej wyzywajac ja i wysmiechujac, czasami niektore chcialy na nia napasc ale Markiza, ciotka dziewczyny lub Brandon zawsze tego pilnowali wiec rzadko dochodzilo do takich sytuacji. Jess skonczyla rozczesywac wlosy i nalozyla na usta jeszcze jedna warstwe blyszczyku. Posmarowala rzesy podwojna warstwa tuszu do rzes. Dalej byla cala czerwona. Zakrecilo jej sie w glowie. Polozyla sie szybko na lozku probujac nie stracic rownowagi. Uslyszala ze ktos wchodzi do pokoju. Zobaczyla jak zawsze nieziemsko wygladajacego Christiana. Chlopak wszedl bezszelestnie do pokoju i spojrzal na Jessice lezaca niewinnie na lozku.
-Matko boska, co ci jest? - Spytal z troska w glosie podchodzac do dziewczyny. Polozyl jej reke na czole. Jess poczula jak sie jeszcze bardziej rumieni. - Zdaje sie ze mialas zajac sie ta nowa uczennica, prawda? W takim stanie definitywnie nie mozesz. Zostajesz tu, przespij sie a ja wroce jak sie z nia uporam.
-Naprawde dziekuje. - Usmiechnela sie patrzac na Chrisa. Chlopak odwzajemnil usmiech i wyszedl pospiesznie z pokoju. Mimo tego, ze rzadko rozmawiali zawsze sie o nia troszczyl jak straszy brat mimo wlasnych klopotow. Byl naprawde niesamowity. Martwil sie o wszystkich a sam musial ciezko pracowac jako przewodniczacy akademii. Dziewczyna przykryla sie koldra i szybko zasnela dalej czujac reke chlopaka na swoim czole. Usmiechnela sie do siebie we snie.


                                                             ***
Jessica obudzila sie kilka godzin pozniej widzac siedzacego na fotelu Christiana czytajacego jakas ksiazke na temat sztuki. Widzac ze juz sie obudzila spojrzal na nia zatroskany.
-Witaj. - Powiedzial siadajac obok niej na lozku. - Spalas tylko cztery godziny, zastapilem cie u tej dziewczyny a pozniej czuwalem przy tobie.
Dziewczyna znowu poczula ze sie rumieni.
-Dziekuje ale nie powinienes robic sobie klopotu...- Usmiechnela sie wiedzac ze chlopak ma wiele innych problemow niz zajmowanie sie nia w chorobie.
-Naprawde nie ma za co. - Usmiechnal sie podajac jej ciepla herbate. Jess usiadla na lozku biorac kubek do rak. Upila lyk spogladajac na niego. "Ciekawe czy nie martwi sie ze moglby sie ode mnie zarazic." - Pomyslala odkladajac po chwili kubek na biurko. Spojrzala na ksiazke ktora przed chwila czytal. "Samotnosc i smutek." Kiedys ja czytala. Calkiem ciekawa ksiazka, dotyczyla tego jak ukazac na obrazku emocje osoby ktora malujemy. Dziewczyna niezbyt interesowala sie sztuka ale musiala przyznac ze ksiazka calkowicie ja pochlonela. Chris przylozyl jej ponownie reke do czola usmiechajac sie.
-Temperatura oslabla, do niedzieli powinnas wyzdrowiec. - Westchnal ciezko. - Tylko obiecaj mi, ze do tego czasu w zadnym razie nie bedziesz wychodzic z pokoju.
-Dobrze, prosze pana. - Usmiechnela sie zartujac. Christian odwzajemnil usmiech i wstal z miejsca. W tej chwili zobaczyla jak Brandon z impetem wchodzi do pokoju.
-Ups, przepraszam. - Syknal. Jessica wiedziala ze chlopak nienawidzi Christiana. Nie wiedziala jednak do konca dlaczego. - Przykro mi ze wam przeszkodzilem.
-Spokojnie, juz wychodzilem. - Powiedzial lagodnie przewodniczacy kierujac sie do drzwi. - Czesc Jessi, przyjde do ciebie w niedziele.
Kiedy chlopak wyszedl, Brandon dalej wydawal sie strasznie wkurzony. Popatrzyl na dziewczyne a ona unikajac jego spojrzenia popatrzyla na niebieska sciane. O co mu chodzilo? Teraz to on zachowywal sie jak dziecko, byl zazdrosny czy jak? Nie bylo nawet o co.
-Czego chcesz? - Warknela Jess spogladajac w koncu na niego. - Jezeli chciales upewnic sie czy dobrze sie czuje to nie potrzebuje twojej troski.
-Dlaczego jestes taka wredna? - Spytal siadajac na tym samym fotelu na ktorym siedzial wczesniej Chris. - Zapomnialas ze jestem twoim przyjacielem?
-Przyjacielem? - Westchnela krzyzujac rece na piersi. - Nie jestes moim przyjacielem, czuje sie bardziej jak bym byla twoim dzieckiem.
Chlopaka wyraznie ukuly te slowa. Bladzil przez chwile po pokoju nie wiedzac co ma powiedziec. Po chwili wstal i podszedl do dziewczyny patrzac jej w oczy.
-Czyli zapomnialas kto ratowal cie tyle razy przed tymi idiotkami? - Spytal najwyrazniej zdenerwowany dalej patrzac w jej oczy. - Zapomnialas o tym jak mi przyrzekalas ze na pewno bedziemy zawsze przyjaciolmi?
Dziewczyna umilkla odpychajac go od siebie. Nie wiedziala co w tej chwili powiedziec. Zrobilo jej sie zal brandona i wstyd swojego zachowania. Co ona robi? Po co prowokuje swojego przyjaciela ktory zawsze stal po jej stronie? Po co to cale przedstawienie? Jess wstala i zaczela rozgladac sie po pokoju. Nie wiedziala co zrobic.
-Przepraszam. - Jeknela cicho.
-Nie masz za co. - Stwierdzil usmiechajac sie do niej. Zawsze przebaczal klamiac ze nie ma za co. A bylo. - Jak tam Emily?
-Nie wiem, na razie z nia nie rozmawialam. - Westchnela myslac o bylej przyjaciolce z ktora spedzila prawie caly pobyt w akademii. Dlaczego ona musiala to wszystko zepsuc? Teraz po tej przyjazni zostaly tylko puste wspomnienia.
-Kiedys musisz z nia pogadac i wyjasnic cala sytuacje. - Uznal chlopak spogladajac na Jessice. - Ale rob co chcesz, zawsze ci pomoge.
-Dobrze, ale spac mi sie chce...- Ziewnela kladac sie na lozku. Przykryla sie koldra przecierajac oczy.
-W takim razie do branoc, pamietaj ze zawsze bede twoim przyjacielem i nigdy nie mow ponownie takich klamstw. - Usmiechnal sie wychodzac z pokoju.
Zasnela.

czwartek, 23 października 2014

ROZDZIAL PIERWSZY - STORY OF MY LIFE

                      
                                       ROZDZIAL PIERWSZY

Wakacje powoli sie zblizaly. Jeszcze tylko trzy miesiace i w koncu troche wolnego. Teraz i tak musialem ciagle zakuwac aby zdac ostatnie egzaminy wiec nie mialem zbyt duzo czasu wolnego. Sobota. Wstalem o dziesiatej rano i wzialem telefon do reki. Trzy nowe wiadomosci. Pozniej je odczytam. Odlozylem urzadzenie i wstalem z lozka. Poszedlem sie przebrac a pozniej zszedlem na sniadanie. Zobaczylem mame i babcie, rozmawialy o Vanessie. Czyli teraz ona bedzie tematem numer jeden w naszym domu. Uslyszalem tylko skrawek rozmowy bo po chwili zauwazyly ze wchodze do kuchni.
-Czesc wnusiu! - Przywitala sie babcia spogladajac na mnie z cieplym usmiechu. - Zrobic ci cos na sniadanie?
-Czesc kochanie. - Odparla matka opierajac sie reka o stol.
-Czesc, zrobisz mi kanapki z dzemem babciu? - Spytalem patrzac na nia. Kobieta pokiwala glowa i zaczela robic moje sniadanie. Usiadlem obok mojej rodzicielki wzdychajac. Kolejny dzien nauki. Zreszta wczoraj umowilem sie ze przyjde do Olivera aby pomoc mu w matmie.
-Nie mialbys nic przeciwko gdyby Vanessa* dzisiaj do nas przyszla wraz ze swoja babcia, Matt? - Spytala mama. Czyli teraz ma do mnie caly czas przychodzic i stac sie czescia mojego zycia bez mojej zgody? Mialem przeciez inne plany.
-Przepraszam, ide sie pouczyc do Olivera. - Powiedzialem a babcia podala mi kanapki. Jedzac je zauwazylem jak babcia i matka wymieniaja porozumiewawcze spojrzenia. Wiedzialem ze zaraz pewnie wymysla jakis rownie rewelacyjny pomysl na ktory w zadnym stopniu sie nie zgadzam.
-W takim razie moze zabierzesz ja ze soba? - Mialem racje, czyli wszystkie plany na dzis popsute. Zakladam ze Oliver sie na mnie wkurzy gdy wezme ja ze soba, eh.
-Ale my bedziemy sie uczyc. - Probowalem cos zrobic. - Zreszta co ona ma tam robic? Bedzie sie nudzic.
-To przy okazji mozecie pouczyc ja, ma duze zaleglosci wiec przyda sie to jej. Moglbys sprobowac ja troche zrozumiec, wiesz?
Jeknalem ciezko. Czyli po prostu musze ja zabrac i nie mam wyjscia. Kiedy ona sobie cos wymysli to po prostu musze to zrobic.
-W takim razie Vanessa przyjdzie dzisiaj za godzine i pojdziecie, dobrze? - Powiedziala zadowolona matka. Pokiwalem glowa i skonczylem jesc kanapki. Wyszedlem do pokoju. Wzialem komorke do reki i zaczalem wystukiwac smsa do przyjaciela. "Musze przyjsc z Vanessa, matka mnie zmusila. Nie zlosc sie." Odetchnalem i polozylem sie na lozku chwytajac ksiazke do biologii. Przeczytalem kilka zdan i znudzony westchnalem odkladajac ja na miejsce. Wstalem z lozka i spakowalem do plecaka pare ksiazek i zeszytow. Dostalem po dwudziestu minutach odpowiedz od Olivera. "Jezeli musi to nic nie poradzimy." Nie wkurzyl sie. Wlasciwie chyba nigdy nie widzialem go zdenerwowanego, zawsze mial usmiech na twarzy i idealnie ulozona grzywke. Z wygladu byl idealem, z charakteru rowniez. Wiele dziewczyn za nim chodzilo ale on nigdy nie zamierzal sie z zadna z nich wiazac mowiac iz nie interesuja go idiotki ktore zakochuja sie w nim patrzac tylko na wyglad. Podziwialem go. Z wygladu bylem dosc podobny chociaz on byl blondynem a ja mialem czarne jak wegiel wlosy i troche wieksze niebieskie oczy. Z charakteru bylismy o wiele inni. Ludzie czesto dziwili sie ze takie przeciwienstwa jak my sie przyjaznia. Hm. Z tych zamyslen wyrwal mnie dzwonek do drzwi. Uslyszalem iz matka otwiera je i zaprasza do srodka ta cala Vanesse. Westchnalem. Dziewczyna po kilku sekundach pojawila sie w moim pokoju. Tym razem miala rozpuszczone wlosy i krotka biala sukienke. Popatrzylem na nia obojetnie.
-Chyba nie cieszysz sie ze przyszlam. - Steknela siadajac na fotelu. - Jezeli ci przeszkadzam to moge isc...
Szczerze? Chetnie bym ja teraz wyprosil ale wolalem nie ryzykowac klotnia z matka o to ze nie powinienem tak traktowac gosci i biednej dziewczyny. Biednej? Nie wyglada na biedna, wrecz tryskala optymizmem. Usmiechnalem sie nic nie mowiac. Zerknalem na zegarek. Zostalo jeszcze dwadziescia minut do wyjscia wiec musialem zaczac jakas rozmowe.
-Nie, po prostu troche sie zdenerwowalem. - Sklamalem wzdychajac. - Zostalo jeszcze troche czasu do wyjscia, bedziesz sie uczyc z nami?
-Nie, nie przepadam za nauka. - Westchnela bawiac sie fredzlami sukienki. - Siedzialam dlugo w szpitalu, mam bardzo duze zaleglosci i nie chce mi sie ich nadrabiac.
-Rozumiem. - Westchnalem spogladajac na nia. Ciekawe na co chorowala. Wlasciwie wcale jej nie rozumialem. Mogla sie uczyc w szpitalu, poza tym przeciez musi zaczac nadrabiac material bo inaczej nie zda do drugiej klasy liceum. - Jezeli bedziesz chciala moge ci pomoc.
-Od kiedy zrobiles sie taki mily? - Rozesmiala sie. Po prostu taki mam charakter a po drugie ja jej tu nie zapraszalem. Nie lubie byc mily na pokaz tak jak Oliver. - Wydajesz sie zamkniety w sobie, wiesz?
-Mozliwe, co z tego? - Burknalem podenerwowany. Moze kiedys bylem zamkniety w sobie, dawno juz taki nie jestem. Po prostu bywam czasami szczery a wiele ludzi myli to slowo z "chamski". Nie lubie sie tez odzywac kiedy nie ma takiej potrzeby ale to nie znaczy ze jestem zamkniety. Nienawidze osob ktore oceniaja mnie ledwo mnie znajac, to takie zenujace i puste. Wyrwany z zamylen popatrzylem na zegarek. Powinnismy juz isc. Zarzucilem plecak na ramie i wyszedlem z pokoju bez slowa. Vanessa pobiegla za mna kryczac cos. Wyszedlem z domu kierujac sie w strone osiedla przyjaciela. Dziewczyna szla za mna obrazona. Za co sie obrazila? Nic nie zrobilem. Po dziesieciu minutach bylismy na miejscu. Weszlismy na klatke schodowa kierujac sie schodami na piate pietro. Zawsze zastanawialem sie dlaczego on musi mieszkac tak wysoko. Jeknalem zdyszany kiedy w koncu dotarlismy na miejsce. Zapukalem dwa razy do drzwi. Kiedy nikt nie otworzyl zrobilem to jeszcze raz, bylem przyzwyczajony ze nigdy nie slyszal pukania. Mieszkal z ojcem, matki nigdy nie poznal. Kiedys bardzo to przezywal, prawie wpadl w depresje ale pomoglem mu i wydostal sie z tego. Po chwili otworzyl blady jak sciana. Wygladal inaczej niz zawsze. Byl ubrany w niewyprasowana koszule i stare spodnie, nawet jego wlosy byly w nieladzie. Nigdy jeszcze nie widzialem przyjaciela w takim stanie, nawet kiedy mial dola.
-Jezus swiety, co ci sie stalo?! - Spytalem zmartwiony wpychajac sie do mieszkania. Vanessa podazyla za mna. Wszedlem z nia do jego pokoju i usiadlem na lozku. Oliver usiadl obok mnie. Zauwazylem wszedzie porozrzucane ksiazki z roznych przedmiotow. Jego pokoj wygladal jakby przed chwila byla tu droga wojna swiatowa, tylko zamiast nabojami strzelali ksiazkami. Co on tu do cholery w nocy robil?
-Wybaczcie mi ten nieporzadek...-Jeknal przecierajac oczy. - Nie martw sie, uczylem sie cala noc i to wszystko. Chyba mam goraczke.
Przylozylem reke do jego czola. Faktycznie byl bardzo rozpalony. Westchnalem spogladajac na niego ze wspolczuciem.
-Gdzie masz termometr? - Spytalem ze zdenerwowaniem. Jak on mogl byc tak nieodpowiedzialny i uczyc sie przez cala noc? Do tego pewnie mial otwarte okno dlatego sie przeziebil. Mialem wrazenie ze czasami zachowuje sie jak kompletne dziecko.
-Zdaje sie ze jest w lazience, na tej szafce obok umywalki...- Powiedzial ze zmeczeniem w oczach. Pokrecilem glowa smiejac sie. Wyglada na to ze zamiast sie uczyc bede musial sie nim teraz zajmowac, coz.
-Kladz sie, w tej chwili i odpoczywaj mi tu a ja przyniose ci jakies leki i zrobie herbate, dobrze? Tylko nie ruszaj sie.
Oliver poslusznie polozyl sie a ja nakrylem go kocem i poszedlem do lazienki szukac termometru oraz lekow. Po chwili znalazlem to czego szukalem. Wzialem rzeczy do reki i zanioslem do pokoju przyjaciela. Polozylem obok niego termometr i tabletki.
-Zmierz sobie temperature. - Usmiechnalem sie aby go troche pocieszyc. - Zaraz przyniose herbate bo zdaje sie ze te tabletki trzeba rozpuscic...
-Dziekuje ze mi pomagasz. - Odwzajemnil usmiech. - W ogole dziekuje ze przyszedles.
-Przestan, idioto. - Rozesmialem sie cieplo. - Mialem cie tu w takim stanie zostawic? Jestes tak nieodpowiedzialny ze az zal mi na ciebie patrzec.
-Bez idiotow mi tu. - Rowniez sie rozesmial. - Wcale nie jestem nieodpowiedzialny tylko chcialem troche poprawic oceny, wiesz ze jeszcze troche i nie zdam.
-Nie przesadzaj, nie jest az tak zle. - Powiedzialem. - Od czego masz mnie? Wiesz ze zawsze ci pomoge.
-Musze sie w koncu usamodzielnic i zrobic cos samemu a nie ciagle polegac tylko na tobie...
-Zwariowales? Jeszcze raz bedziesz sie uczyc po nocach to pozalujesz, albo masz sie uczyc ze mna albo za dnia, rozumiesz? Nie chce zebys mi tu ciagle chorowal przed wakacjami.
-No dobrze, prosze pana. A teraz idz w koncu robic ta herbate, wiesz gdzie sa szklanki nie?
-Wiem, wiem. Juz ide a ty mi sie nigdzie nie ruszaj i zmierz temperature, mam nadzieje ze nie bedzie wysoka.

                                                          ***
Polozylem herbate na polce patrzac jednoczesnie na termometr. 37 °C. Nie jest az tak zle, powinien wyzdrowiec za gora dwa dni ale w tym czasie bron boze nie powinien wychodzic z domu. Westchnalem. Przypomnialem sobie nagle o Vanessie ktora jakby nigdy nic siedziala w dalszym ciagu na fotelu piszac cos na telefonie. I dobrze, niech sie zajmie soba a ja moze chociaz zdaze podac mu leki. Dziwna dziewczyna, widac ze ma lekkie podejscie do swiata i wszystko olewa. Nienawidze takich osob. Najpierw olewaja nauke, pozniej prace...A pozniej laduja na ulicy. Z nia na pewno bedzie tak samo ale coz, niech robi co chce. Nie bede jej pomagac i sie nad nia uzalac jaka to ona biedna, niech sobie radzi sama. Usiadlem na lozku obok przyjaciela.
-Mozesz juz isc, poradze sobie...- Powiedzial proszaco. Ja i tak nie mialem zamiaru nigdzie sie ruszac, jeszcze znowu zacznie sie uczyc i bedzie jeszcze bardziej chory. Nie moglem go tak teraz zostawic. Mialem wrazenie ze w ten sposob w jakims sensie odwdziecze mu sie za kiedys.
-Lez i sie nie odzywaj. - Warknalem gniewnie czujac ze on wcale nie widzi iz potrzebuje mojej pomocy. - Musisz wyzdrowiec.
-Wiem ze musze ale nie jestem juz prawie dorosly...- Jeknal poprawiajac sobie poduszke. - Mozesz isc, chce mi sie spac a nie chce zostawic gosci a samemu sobie smacznie drzemac. Sluchaj, naprawde nie chce zebys sie ode mnie zarazil.
-Na pewno? - Nienawidzilem jak mnie blagal bo zawsze ulegalem. Po prostu balem sie ze go strace i na wszystko mu pozwalalem, czulem ze kiedys sie to zle skonczy ale KIEDYS nie znaczy teraz. "To ostatni raz" powtarzalem sobie w duchu.
-Na pewno, nie martw sie. - Usmiechnal sie. - Przyjdz jutro. Obiecuje ze wezme leki i bede bacznie meldowal ci przez telefon jak sie czuje. Lec juz, wiem ze nie chce ci sie juz tu siedziec.
-No dobrze, jak wolisz. - Westchnalem troche obrazony i spojrzalem na Vanesse wstajac z lozka. Pokiwalem mu reka i wyszedlem wraz z dziewczyna z mieszkania. Mialem wielka nadzieje ze w koncu sie odczepi bo byla dla mnie naprawde uciazliwa, nie potrafilem kogos ignorowac. Po kilku minutach zeszlismy na dol po schodach i wyszlismy z bloku. Caly czas ja obserwowalem. Machala wdziecznie wlosami patrzac sie przed siebie.
-Nie zgubisz sie tu? - Spytalem. Musialem w koncu cos zrobic aby sobie poszla. - Wracaj do domu, jak nie trafisz pieszo to masz gdzies przystanek autobusowy. Ja ide jeszcze cos zrobic.
-Nie umiesz po prostu powiedziec zebym sie odwalila? - Odpowiedziala pytaniem na pytanie chamsko. Widac ze byla szczera. Zrobilem sie czerwony czujac sie zdemaskowany.
-Przepraszam, nie mam czasu. - Westchnalem naprawde myslac o tym ze gdybym tak zrobil ryzykowalbym wielka klotnia od matki na temat tego jak traktuje biedna dziewczyne ktora przezyla tragedie.
-Dobra, rob co chcesz. - Burknela i przewracajac wlosami poszla w calkiem inna strone niz powinna. Czy ona naprawde jest tak tepa? Zaczalem za nia krzyczec ale mnie ignorowala. No tak, obrazila sie. Gdyby nie rozkaz matki nic bym nie zrobil i poszedl dalej ale coz, musialem wskazac jej droge bo inaczej moglaby sie zgubic a wtedy bylaby jeszcze gorsza klotnia.
-Idz w lewo. - Krzyknalem, Vanessa posluchala mnie w koncu i pokierowala sie w strone parku. Odetchnalem z ulga. Chcialem wstapic jeszcze na chwile do sklepu kupic cos do picia. Ten dzien byl strasznie upalny jak to zreszta bywa przed wakacjami. Maly warzywniak znajdowal sie wlasciwie niedaleko, kilka minut drogi wiec nie musialem jechac autobusem. Poszedlem przed siebie nucac rytmiczna piosenke ktora ostatnio uslyszalem w radiu. Mhm, ciekawe jak sie czuje Oliver...

                                                                 ***

Doszedlem juz do sklepu. Zauwazylem zgrabna dziewczyne stojaca zaraz przede mna. Skojarzylem ja skads. Wydawalo mi sie ze chodzimy razem do szkoly. Faktycznie, kiedys jechalem z nia nawet autobusem ale nigdy nie zamienilismy slowa. Byla bardzo ladna. Miala dlugie czarne wlosy i mocny makijaz. Slyszalem plotki ze miala bardzo duze kompleksy i chciala ukryc swoja urode pod tapeta. Usmiechnela sie do mnie cieplo.
-Hm, spotykamy sie w takim miejscu? - Powiedziala spogladajac na mnie. - Ty jestes David? Slyszalam o tobie bardzo duzo. Podobno jestes wybitnie inteligentny. Jessica, milo mi.
-Czesc, tak to ja. - Jeknalem. Wybitnie inteligentny? Watpie, po prostu dobrze sie ucze i wygrywam wiele konkursow. Tak naprawde jestem jedynie normalnym nastolatkiem ktory ma wiele wad i tylko jednego przyjaciela. Czyzbym dalej byl samotnikiem?
-Nie zgadzasz sie z ta opinia, co? - Czulem sie jakby czytala mi w myslach. - Jesli zmierzasz do sklepu, jest juz zamkniete. Mieszkam niedaleko, moze przyjdziesz na herbate?
-Nie wiem czy moge, dopiero sie poznalismy...- Probowalem byc uprzejmy i usmiechnalem sie krzywo.
-Jak nie chcesz, to nie. - Westchnela rozpaczonym glosem.
-Cos sie stalo? - Spytalem zdziwiony ze tak nagle calkowicie sie zmienila. Z wesolej dziewczyny zobaczylem smutna zgarbiona nastolatke.
-Przyzwyczailam sie ze nikt nie chce ze mna rozmawiac, to dla mnie normalne. Nie przejmuj sie. Ja juz uciekam, pa...
Zlapalem ja za reke kiedy chciala juz odejsc. Skad znalem to uczucie...Tak. Znalem je bardzo dobrze. Przed poznaniem Olivera mialem tak samo. Tylko ja nie probowalem nikogo poznac a Jessica faktycznie sie starala. Nie moglem jej tak zostawic, musialem jej pomoc. Nie moglem patrzec na to jak stoi skulona na srodku drogi.
-Chodzmy do parku. - Powiedzialem probujac sie jej zrewanzowac. Nie mialem ochoty wloczyc sie po cudzych domach, wolalem jakas otwarta przestrzen.
-Nie musisz sie nade mna uzalac. - Znowu mialem to samo uczucie, jakby czytala mi w myslach. Wyrwala swoja reke. No tak, spodziewalem sie takiej reakcji. Dziewczyna byla widocznie zagubiona, nie wiedziala co robi nie tak iz nie moze sobie znalezc przyjaciol.
-Nie uzalam sie nad toba. - Odparlem patrzac w jej oczy. - Bylem w podobnej sytuacji, wiesz? Mozemy porozmawiac tutaj jesli ci to odpowiada.
Skinela glowa. Usiedlismy na schodach. Czulem sie lekko dyskomfortowo gdy co chwile przed nami przejezdzaly jakies auta a ludzie ciagle patrzyli na nas jak na wariatow przysluchujac sie rozmowie. Probowalem jednak tego nie pokazywac, zalezalo mi na tej rozmowie.
-No wiec...- Zaczela rozmowe. - Nie uwazasz ze nasze zycie jest bez sensu? No tak, ty masz tego calego przyjaciela ktory wyglada jak zywa lalka.
Czy ona czasem nie mowila o Vanessie? Na pewno mowa byla o Oliverze? Moze byl naprawde przystojny ale w zadnym razie nie wygladal jak lalka. Poczulem zazdrosc z jej strony. Czego tu zazdroscic? Tez nie byla brzydka. Nie zrozumialem tego co mowi ale wiedzialem ze nie dam jej obrazac swoich przyjaciol, nie zniose zadnych slow obrazajacych kogos kto uratowal mnie z takiej sytuacji.
-Przestan go oskarzac, zrobil ci cos? - Warknalem gniewnie. - Nie wyzywaj sie na nim, prosze cie.
-A zebys wiedzial ze zrobil. - Westchnela patrzac w niebo. - Ma mase przyjaciol, laski ganiaja za nim stadami...Bo jest przystojny i to wszystko. Tak naprawde jest pewnie wredny i nieczuly tylko zgrywa ideala. Nienawidze takich ludzi.
-Czy ty siebie slyszysz? - Wstalem ze schodow. Owszem, Oliver nie byl idealny ale nie byl tez ani wredny ani nieczuly. Nie pokazujac tego bardzo martwil sie o wszystkich i probowal im pomagac. Byl najbardziej zyczliwym czlowiekiem jakiego znalem. Zawsze chcial aby wszyscy byli dla siebie mili. Nie tolerowal klotni. Za to go lubilem. - Wyrazasz sie o kims kogo nawet nie znasz. Nigdy z nim nie rozmawialas ale go oceniasz. To nie od niego zalezy ze te wszystkie dziewczyny sie za nim uganiaja czy ze ma przyjaciol. Myslisz ze jak ktos jest przystojny a wredny to ma mase przyjaciol? Mylisz sie.
-To idiota. - Powiedziala dumnie. Mialem ochote ja uderzyc w twarz ale nie umialem uderzyc dziewczyny nawet kiedy obrazala kogos kogo bardzo szanuje. Postanowilem sie nie odzywac i czekaj na jej dalsze "inteligentne" wypowiedzi. - Czy ty nie widzisz ze on traktuje te wszystkie dziewczyny jak zabawki?
-A co ty, obronczyni ucisnionych jestes? - Rozesmialem sie jak z zartu roku. - Tak sie sklada ze mial tylko jedna dziewczyne w calym swoim zyciu. Wyprowadzila sie za granice po dwoch latach zwiazku. Wiesz jak sie czul?
-Dobra, przestane owijac w bawelne. Ja chyba sie w nim zakochalam, chcialam uslyszec od ciebie czegos o nim dlatego musialam cie sprowokowac.
-Idiotka...- Warknalem. Nie lubilem obrazac plci przeciwnej ale teraz po prostu nie moglem sie powstrzymac. - Pokochalas kogos za wyglad a nawet go nie znasz. Nie mozna sie zakochac w kims przez patrzenie na niego. To puste.
-Sam jestes pusty.
-Nie pograzaj sie. Kiedy naprawde sie w kims zakochasz, chcesz spedzac z nim kazda chwile. Probujesz go jeszcze bardziej poznac. Martwisz sie o niego a nie zaczepiasz jego przyjaciol gadajac jaki jest wredny. Nie rozumiem cie.
-Przestan.
-Co mam przestac?! Probuje ci uswiadomic co to milosc bo najwyrazniej nie masz o tym zadnego pojecia, nie chce abys zranila Olivera bo gdy on sie w tobie naprawde zakocha a ty go zostawisz po kilku tygodniach bo nagle ci sie znudzi i zrozumiesz ze nigdy nie bylas w nim zakochana on zostanie calkiem sam, ze zranionym sercem.
-Dobra, spadaj. Nie nawijaj tyle, zrozumialam o czym mowisz. Sorry ze w ogole cie zaczepialam.  Mam tylko jedna prosbe, nie mow mu o niczym.
"Po moim trupie" - Pomyslalem i usmiechnalem sie tajemniczo widzac mine przyjaciela kiedy mu o tym jutro opowiem. Odwrocilem sie napiecie i poszedlem do domu. Dziwna sytuacja.



*Vanessa - Postac ktora pierwszy raz pojawila sie we wstepie. Jest lekko arogancka i wredna. Mysli ze caly swiat skupia sie na niej. W nastepnych rozdzialach dowiecie sie czegos o prawdziwych przyczynach wypadku jej rodzicow. Polecam przeczytac wstep aby dowiedziec sie czegos wiecej.
***Mam nadzieje ze pierwszy rozdzial "Story of my life" przypadl wam do gustu. Wiem, praktycznie nic sie nie dzieje ale nie martwcie sie, planuje zrobic cos w drugim rozdziale wiec mam nadzieje ze poczekacie do soboty! A za chwile na blogu 1 rozdzial NO NAME. Do zobaczenia! :)

                                                                                         TO BE CONTINUED

             
                                                 

środa, 22 października 2014

"NO NAME" - Wstep.

                                                       WSTEP

-Co tam robisz? - Spytala Kornelia patrzac mi przez ramie. Wystukiwalem smsa do matki. - Hm, czy ty musisz ja o wszystkim powiadamiac?
-W przeciwienstwie do ciebie, jestem odpowiedzialny. - Westchnalem spogladajac na nia z zadziornym usmiechem. 
-Przesadzasz, zreszta znasz moja sytuacje. - Powiedziala owijac sobie czarny kosmyk wlosow wokol palca. - Czasem zastanawiam sie nad tym dlaczego jestes taki spokojny.
-A dlaczego mialbym taki nie byc? - Spytalem piszac dalej wiadomosc. - Nie mam po co sie denerwowac.
-Nie, chodzilo mi oto...- Odparla zastanawiajac sie nad tym co powinna powiedziec. - Po prostu nigdy nie widzialam cie zdenerwowanego.
-A ja cie za to czesto widze w tym stanie. - Odlozylem telefon na polke. Kornelia bywala arogancka, chamska i szczera do bolu. Mimo to lubilem ja. Rozumialem to ze przez jej sytuacje rodzinna byla lekko zagubiona. Rok temu doszlo do wypadku, stracila siostre. Popadla w depresje. Wtedy sie poznalismy. Wspieralem ja przez caly czas az z tego wyszla. Wlasciwie nie do konca. Dalej czesto sie zalamywala ale pozniej wstala na nogi i zyla dalej. Lubilem to w niej. Nie miala zbyt duzo znajomych, byla samotna. Wszyscy jej unikali, nie probowali nawet poznac tylko stwierdzali z gory ze jest brzydka wiec na pewno tez glupia. Ja nie patrzylem na nia w ten sposob. Miala dlugie czarne wlosy i duze niebieskie oczy. Podobala mi sie jej dosc nietypowa uroda i cieply usmiech. Martwila sie o innych nawet tego niepokazujac. Zawsze kiedy bywalem smutny, pocieszala mnie mimo wlasnego samopoczucia. Czulem ze bez jej przyjazni nie dalbym rady. Ostatnio bywala jednak inna, smiala sie wiecej i caly czas ze mna rozmawiala. Czulem ze cos sie dzieje. Nie moglem przypuszczac jednak co. Pewnego dnia, kiedy siedzielismy w moi pokoju nad ksiazkami wkuwajac chemie zauwazylem ze ma czerwone oczy. "Na pewno plakala." - Pomyslalem. Zlapalem ja za reke patrzac w oczy.
-Co sie stalo? - Spytalem zmartwiony. Zawsze mowila mi co sie dzieje, teraz nie chciala nic powiedziec. Pomyslalem ze na pewno to dotyczy mnie. Puscilem jej reke i westchnalem ciezko. Nie bede jej zmuszac do odpowiedzi, jesli bedzie chciala sama kiedys mi powie. Sytuacje powtarzaly sie coraz czesciej. Ona dalej nie chciala mi nic powiedziec. Dwa miesiace pozniej, kilka tygodni przed wakacjami poszedlem do jej mieszkania sprawdzic co robi. Zapukalem do drzwi. Otworzyla mi jakas staruszka.
-Slucham cie, mlodziencze? - Powiedziala z usmiechem. - Szukasz moze czegos?
-Dzien dobry...- Usmiechnalem sie lekko zdziwiony. Nigdy jej tu nie widzialem, czy to byla babcia Kornelii? Podobno cala jej rodzina umarla, miala tylko ojca i matke. - Czy jest Kornelia? 
-Kornelia? - Spytala ze zdziwieniem w oczach. - Przykro mi, lecz nie znam zadnej Kornelii. Ale moze chodzi ci o ta mloda dziewczyne ktora wyprowadzila sie wraz ze swoja rodzina trzy dni temu?
-Wyprowadzila? - Otworzylem usta ze zdziwienia i nagle wszystko ulozylo sie w calosc. Byla smutna, plakala. Juz wiedzialem dlaczego. Nie chciala abym byl smutny jak ona. Po prostu wiedziala juz od dawna ze maja sie wyprowadzic. Z pewnoscia gdzies daleko stad. Juz wiedzialem dlaczego nie odpisywala od dwoch dni na moje smsy. Poczulem sie mimo tego zraniony. Mogla mi powiedziec, zrozumialbym. Dlaczego musieli sie wyprowadzic? Ta mysl caly czas krazyla mi po glowie ale z zamyslen wyrwala mnie staruszka.
-Tak, nie wiedziales o tym? - Usmiechnela sie starsza pani. - Pewnie byles jej przyjacielem, znalam jej rodzicow. Opowiadali mi, ze ich corka caly czas chodzi gdzies z jakims chlopakiem i staje sie to dla nich troche uciazliwe. Wejdziesz do srodka?
-Jezeli moge. - Powiedzialem zdenerwowany i jednoczesnie zdziwiony jej slowami. Dlaczego akurat uciazliwe? Nie robilismy nic zlego, tylko rozmawialismy. Staruszka wpuscila mnie do srodka. Zdjalem buty i wszedlem do salonu. Dobrze znalem ten dom, znalem kazde pomieszczenie bo czesto tu bywalem. Usialem na duzej czerwonej sofie. Wczesniej jej tu nie bylo. Wszystko teraz bylo w tym miejscu takie inne. Kobieta usiadla obok mnie.
-Slyszalam od nich iz byliscie bardzo bliskimi przyjaciolmi. - Westchnela ciezko. - Przez to wszystko ich corka, zdaje sie Kornelia, tak?  Zaczela sie mniej uczyc, palic papierosy...Podobno miala nie zdac do nastepnej klasy. Nie powinnam ci tego mowic i cie oskarzac.
-Slucham? - Nawet nie wiedzialem o tym ze zaczela palic, najwyrazniej wiele o niej nie wiedzialem. Wiedzialem tylko ze to na pewno nie moja wina. Mowila mi ze wszystko ze szkola jest okej gdy pytalem czy potrzebuje pomocy. Zastanawilo mnie to. Czy ona po prostu nie chciala mnie martwic a tak naprawde miala duze klopoty? - Przepraszam, ja nic o tym nie wiedzialem. Zapewniala mnie ze wszystko jest w jak najlepszym porzadku. Kompletnie nie rozumiem tej sytuacji.
-Naprawde? - Zdziwila sie. - Jej rodzice mowili tez o jakis narkotykach, raz wrocila w nocy do domu z rozszerzonymi zrenicami i zachowywala sie bardzo podejrzanie. To dlatego postanowili sie wyprowadzic, aby zabrac ja jak najdalej od twojej osoby.
Poczulem ze lza splywa mi po policzku. O niczym nie wiedzialem, myslalem ze to wszystko co mowi to prawda. Oszukiwala mnie. Tak naprawde pewnie wpadla w zle towarzystwo i zaczela cpac. Dziwne ze niczego nie zauwazylem, spedzalismy przeciez tyle czasu razem...Jej rodzice na pewno sadza teraz ze to moja wina, to cale jej zachowanie. Moglem sie upewnic czy na pewno wszystko jest dobrze a nie wierzyc jej na slowo. W jednej sekundzie stracilem do niej cale zaufanie. Poczulem sie jakby ta staruszka wcale nie mowila o niej. Czy bylo naprawde tak zle?
-Nie martw sie, mlodziencze. - Probowala mnie pocieszyc kobieta. - To nie twoja wina, widze po tobie ze naprawde teraz cierpisz. Przykro mi ze tak ciebie oskarzyli. Moze i lepiej ze sie wyprowadzili, najwyrazniej nic nie wiedziales o tej dziewczynie i moglo w koncu stac sie cos gorszego.
-Moze i ma pani racje. - Westchnalem ciezko spogladajac na nia. - Bede sie juz zbieral, dziekuje za rozmowe. Czuje ze gdyby nie pani nigdy bym sie o niej niczego nie dowiedzial. Naprawde bardzo dziekuje. Do widzenia.
Wstalem z sofy i pokierowalem sie do wyjscia. Lzy automatycznie splywaly mi po policzkach. Myslalem ze tak dobrze ja znam, a jednak. Osoba ktora byla moja przyjaciolka, tak naprawde byla dla mnie calkiem obca. Wyszedlem z mieszkania trzaskajac drzwiami. Wybieglem szybko z bloku. Nie mialem teraz ochoty wracac do domu. Nie mialem na nic ochoty.

***Przepraszam za brak polskich znakow, niestety moj laptop posiada tylko niemieckie ale mam nadzieje ze da sie to przeczytac. Jest to jedynie wstep opowiadania ale mozliwe iz jutro okaze sie pierwszy rozdzial w ktorym Matthew (tak ma na imie glowny bohater) dowie sie jeszcze wiecej o swojej "przyjaciolce" ale nie bede wam "spoilerowac" wiec do pierwszego rozdzialu! :)

                                                                                         TO BE CONTINUED
                                                                                 +Przepraszam iz wstep jest taki krotki.


                                                       

"Story of my life" Wstep.

                                                    Wstęp.
-Widziales ta nowa dziewczyne ktora doszla do nas do klasy? - Spytal Oliver czytajac ksiazke z biologii. Skinalem glowa przegladajac jednoczesnie zeszyt do matematyki. - Nie uwazasz ze ona wyglada jak lalka?
-Przeciez slyszales ze nauczycielka mowila iz ma jakies problemy ze zdrowiem. - Jeknalem nie odrywajac sie od lektury. - Pewnie to dlatego jest taka blada.
-Do tego taka niska i slodka...- Rozmarzyl sie. Poslalem mu tajemniczy usmiech. Dziewczyna nie byla jakas nadzwyczajna. Owszem, byla ladna. Miala dlugie brazowe wlosy i porcelanowa cele. Ubierala sie w dlugie sukienki w kwiatki przez co nie wygladala jak reszta uczennic. Z nikim nie rozmawiala, byla bardzo niesmiala. Wychowawczyni wspominala iz przeprowadzila sie do swojej babci z powodu klopotow rodzinnych. Oliver wyciagnal telefon z kieszeni odrywajac sie od lektury. Zaczal cos wystukiwac na ekranie Iphona.
-Popatrz, znalazlem ja na facebooku. - Powiedzial zadowolony a ja wpatrzylem sie w ekran telefonu. Nie miala zadnych zdjec. - Zaprosze ja i moze jutro z nia porozmawiam, jestem ciekawy jaka jest.
-Rob co chcesz. - Westchnalem obojetnie zmeczony jego codziennymi podrywami. Wrocilem do nauki ale po chwili z czytania wyrwalo mnie pukanie do drzwi. Poszedlem otworzyc. Zobaczylem babcie i jakas stara kobiete w jej wieku.
-Dzien dobry. - Przywitalem sie kulturalnie zapraszajac je do srodka. Zobaczylem ze za starszymi paniami do mojego domu wchodzi ta sama dziewczyna ktora dzis przedstawila nam nasza wychowawczyni. Spojrzalem na nia zdziwiony.
-Czesc wnuczku! - Usmiechnela sie babcia calujac mnie w policzki. - Postanowilam zlozyc ci wizyte bo twojej matki pewnie nie ma. To jest moja sasiadka a to jej wnuczka ktora kilka dni temu sie do nas wprowadzila, Vanessa.
-Zdaje sie ze my juz sie znamy. - Powiedzialem spogladajac na nia porozumiewawczo. - Chodzimy razem do klasy. A co do mamy to jest, siedzi w salonie i oglada telewizje. Idzcie do niej bo pewnie nie uslyszy jak ja zawolam. W takim razie chodz.
Wskazalem gestem moj pokoj. Wspominana przed chwila Vanessa wygladala dosc inaczej niz w szkole. Byla bledsza i miala rozpuszczone wlosy. Byla ubrana w bordowa krotka sukienke. Usmiechajac sie lekko weszla do mojego pokoju. Oliver gdy ja zobaczyl zrobil mine jakby zobaczyl ducha.
-Co ty tu robisz? - Spytal troche niegrzecznie a ja westchnalem i zaczalem opowiadac jak sie tu znalazla. Dziewczyna usiadla na krzesle.
-Chcesz cos do picia? - Spytalem kulturalnie. - Mam herbate, jakis sok...
-Nie, nie rob sobie problemu. - Powiedziala rozgladajac sie po moim pokoju. Usiadlem obok Oliego na lozku czekajac na rozwoj sytuacji.
-Wlasciwie dlaczego sie tu przeprowadzilas? - Spytal moj przyjaciel natarczywie. Vanessa zrobila sie czerwona. Zapadla cisza. Pewnie jest to jakis wrazliwy temat lub jej czuly punkt. - Przepraszam, jesli nie chcesz mowic...
-Nie, to nie twoja wina...- Westchnela wpatrujac sie w podloge. - Moi rodzice zmarli w wypadku miesiac temu wiec musialam wyprowadzic sie do babci. Mam jeszcze brata ale on jest juz pelnoletni.
-Rozumiem. - Jeknal zawstydzony ze poruszyl taki temat. - W kazdym razie jesli bedziesz miala jakis problem mozesz przyjsc do nas.
-Dziekuje, na razie nawet nie mam z kim rozmawiac. - Jeknela bawiac sie poduszka. - Pierwszy raz zmieniam szkole, troche dziwnie sie czuje.
Przypomnialem sobie jak ja zmienialem szkole z powodu przeprowadzki. Rowniez nie mialem na poczatku zadnych znajomych tylko ciagle siedzialem w ksiazkach i uczylem sie na sprawdziany. Po czasie zaprzyjaznilem sie z Oliverem, wtedy byl jeszcze buntowniczy i sprawial wiele problemow, czesto palil i opuszczal lekcje ale kiedy zaprzyjaznilismy sie bardziej przestal ze wzgledu na mnie. To bylo wtedy kiedy moj ojciec rozwodzil sie z matka. Przezywalem to bardzo, mozna powiedziec ze prawie wpadlem w depresje gdyby nie moj przyjaciel. On byl moim jedynym wsparciem, tylko z nim moglem porozmawiac. Usmiechnalem sie do siebie wspominajac dawne czasy.
-To normalne, nie martw sie. - Westchnal Oliver. Pewnie rowniez przypomnial sobie dawnego mnie, samotnego i zagubionego nastolatka. - Wczesniej czy pozniej i tak sobie kogos znajdziesz. Tak jak on mnie.
Wskazal na mnie palcem usmiechajac sie lekko. Odwzajemnilem usmiech spogladajac na Vanesse. Patrzyla na zdjecia postawione na moim biurku. Jedno przedstawialo mnie i matke kiedy bylem jeszcze maly. Drugie mnie i ojca, to bylo rowniez bardzo stare zdjecie bo od rozwodu rodzicow nigdy go ponownie nie widzialem. A trzecie mnie i Olivera, to zdjecie zrobilismy niedawno kiedy siedzielismy w Mcdonaldzie.
-Dlugo sie znacie? - Spytala ciekawie. - Wygladacie na naprawde dobrych przyjaciol, tez bym chciala kogos takiego miec, eh...
-Juz trzy lata. - Odpowiedzialem powoli przypominajac sobie znowu nasze pierwsze spotkanie kiedy to Oliver podszedl do mnie i spytal kim jestem. Tak, bardzo oryginalne przywitanie, wiem. - Dopiero sie tu przeprowadzilas i juz chcesz miec mase przyjaciol, nie jestes czasem zbyt wymagajaca? Nie szukaj ich na sile.
-Nie uwazasz ze troche beznadziejnie jest ciagle byc samemu? - Burknela zdenerwowana moimi slowami. Przeciez nic zlego nie powiedzialem, sama prawda.
-A wolisz stac sama czy miec falszywych przyjaciol? - Odpowiedzialem pytaniem na pytanie tym samym tonem patrzac jej w oczy. Zarumienila sie lekko. Pewnie myslala nad tym co odpowiedziec. Westchnalem wiedzac ze mam racje i spojrzalem na przyjaciela. Czytal cos na telefonie.
-Przepraszam, miales racje. - Powiedziala usmiechajac sie. - Nie chcialam cie prowokowac do klotni...Chyba powinnam juz isc.
-Nie jestem zly. - Oznajmilem spogladajac na nia jednoczesnie krecac glowa. Biedna dziewczyna, jeszcze tyle musi sie o zyciu nauczyc. Moze jednak troche za ostro ja potraktowalem, dopiero stracila rodzicow i moze jest w jakims szoku dlatego mowila takie rzeczy. - W kazdym razie poczekaj troche a na pewno ktos sie znajdzie.
-Dziekuje, jestes naprawde madry. - Stwierdzila a ja usmiechnalem sie dziekujac za komplement. W glowie mialem jednak calkiem cos innego. Nie jestem wcale madry, po prostu wiem troche wiecej od niej. - Czesc.
Vanessa wyszla z pokoju i poszla do babci. Westchnalem biorac do reki ponownie zeszyt z matematyki. Czekalem az Oliver cos powie na jej temat ale on dalej byl zajety telefonem. "Co on tam tak zaciekle czyta?" - Pomyslalem podchodzac do niego. Zerknalem na ekran iphona. Pisal z kims na facebooku. "Uzalezniony" - Westchnalem smiejac sie glosno.
-Z czego tak rzysz? - Usmiechnal sie spogladajac na mnie. - Juz nie mozna sobie nawet na telefonie poczytac?
-Po prostu ciagle wpatrujesz sie w ten pusty ekran. - Pokrecilem glowa. - Moze w koncu bys cos powiedzial?
-O czym? - Spytal jakby dopiero wstal z lozka. Jeknalem ciezko patrzac na niego. On chyba naprawde nieogarnial sytuacji. Spojrzalem na drzwi. - No tak, o tej dziewczynie?
-Byles taki nia zainteresowany a teraz co? - Zdziwilem sie. - Nagle przestales sie odzywac i uczestniczyc w rozmowie, do tego teraz nic nie mowisz. Cos sie stalo?
-Nie, po prostu tak sie zastanawialem nad tym jaki kiedys bylem i ze wlasciwie to ty wyciagnales mnie z tej calej sytuacji. Przepraszam jesli cie zmartwilem.
-To nie byla moja zasluga, to ty mi pomogles i nie masz za co przepraszac, idioto. Poza tym nigdy cie nie pytalem ale skad sie to wszystko wzielo? Twoja matka kiedys opowiadala mi ze cos sie wydarzylo dlatego zaczales pic i palic ale nie chciales o niczym powiedziec. Mi tez nie powiesz?
-To dluga historia, moze kiedy indziej. A ta cala dziewczyna jest dziwna. Ma dziwny charakter. Ten jej tekst o szukaniu przyjaciol...Miales calkowita racje, wiesz? Jest tu dopiero jeden dzien i juz chce miec mase przyjaciol. Wydaje sie byc strasznie zagubiona. Do tego nie wyglada jakby rozpaczala po smierci rodzicow.
-Moze dlatego mowila te bezsensowne pierdoly. Zaloze sie ze jeszcze nie doszla do siebie i nie wie co mowi. W kazdym razie nie jest az taka zla, mozemy od czasu do czasu sie z nia spotkac i jej troche pomoc.
-Jezeli nalegasz to dobrze. Ale nie mam ochoty na znajdowanie dla niej przyjaciol, przeciez umie gadac. To ze jest niesmiala jej nie usprawiedliwia.
-Tez taki bylem, dobrze wiesz.
-No dobra, dobra. Skonczmy ta bezsensowna rozmowe i zacznijmy sie w koncu uczyc bo musze byc o dwudziestej w domu.

            (Wstep opowiadania "Story of my life")
                                                                                                To be continued...