piątek, 31 października 2014

Rozdzial 3 (?)

                                                                      3

-Dzien dobry! - Powiedzial ze szczerym usmiechem chlopak do kucharza sprzatajacego obecnie stol kucharza. - Nazywam sie Christian. Mieszkam tu od paru dni. Kiedy bedzie obiad?
-Jak sie ziemniaki ugotuja. - Mruknal cicho kucharz. - Zartuje. Za jakies dwie godziny. Przepraszam za to opoznienie ale po prostu przygotowywujemy specjalna kolacje dla jednego z waznych osob przebywajacych w tym pensjonacie i w obecnym czasie zajmujemy sie tylko tym.
-No dobrze... - Jeknal zawiedziony. - W takim razie wroce jak sie ugotuja ziemniaki.
Rozesmial sie wesolo. Kucharz rowniez. Wyszedl glodny ze stolowki. Poszedl do pokoju Jamesa. Po kilku minutach byl na miejscu. Zapukal dwa razy. Uslyszal ciche mrukniecie. Otworzyl drzwi. Zobaczyl lezacego na lozku Jamesa. Mial zakryta twarz. "Placze?" - Pomyslal Chris podchodzac do przyjaciela. Usiadl obok niego na drewnianym lozku. Spojrzal na niego z zamartwieniem w oczach. Nie wiedzial co powiedziec. Czul ze lamie mu sie serce gdy patrzyl na bialo wlosego. Ten odwrocil glowe. Popatrzyl w oczy Christianowi. Zlapal go za reke i ponownie ukryl twarz w rekach.
-Jestem demonem. - Krzyknal zalamanym glosem. - Jestem nikim. Nie licze sie. Jestem inny. Nie patrz na mnie.
-Uspokoj sie. - Chris pogladzil go ciepla reka po wlosach. - Nie mow takich rzeczy. Jestes najlepsza osoba ktora dotychczas poznalem. Czuje sie jakbysmy znali sie od wielu lat.
-Przepraszam...- Wyjeczal powoli. - Przepraszam jesli cie opuszcze i zostawie samego...Czuje sie tak samo. Jestes niesamowity.
-Nie zostawisz mnie idioto! - Ryknal nastolatek ze lzami w oczach. - Bede cie pilnowal, bede mial cie caly czas na oku, rozumiesz?! Masz odpoczywac, nie umrzesz.
-Umre...
-Zamknij sie. - Westchnal Chris widzac ze placz przyjaciela nagle ustal. - Posluchaj, to ze jestes demonem niezmienia faktu ze cie uwielbiam. Nie jestes nikim. Dla mnie sie liczysz. A teraz powiedz mi cala prawde o sobie, prosze cie.
-Jezeli musze...- Usmiechnal sie lekko James. - Moi prawdziwi rodzice sa demonami. Matka zdradzila ojca z aniolem...Ktorego nigdy nie poznalem. Kiedy sie urodzilem, matka porzucila mnie przed tym wlasnie domem. Zamieszkalem tutaj, zylem i sluzylem twojemu ojcu dziekujac za opieke ktora mnie obdarzyl...On mnie caly czas wykorzystuje. Moge polegac tylko na Matthewie ktory wyrecza mnie z niektorych zajec. Pol demony, pol anioly nie moga zyc tak dlugo jak zwykle anioly. Moj koniec juz sie zbliza...Przepraszam.
-Nic sie nie zbliza. - Christian odwzajemnil usmiech. - Obiecasz mi cos?
-Co?
-Wybierzemy sie kiedys razem do prawdziwego swiata? - Spytal kladac sie obok Jamesa na lozku. - Jestem strasznie zmeczony...Ale wracajac do tematu, bardzo chcialbym ci pokazac miasto z ktorego pochodze.
-Nigdy tam nie bylem. - Mruknal lekko speszony. - Jednak jesli ci tak na tym zalezy to zrobie to. Idz spac.
Chlopak okryl go koldra a sam wstal z miejsca.
-Lez tutaj, tylko mi nie uciekaj. - Rozesmial sie cieplo. - Ja ide sprawdzic czy juz ugotowali ziemniaki. Przyniose ci pozniej cos.
-Powinienes odpoczywac ale jak chcesz...- Westchnal radosnie Chris. - W takim razie do branoc.
James wyszedl z pokoju a chlopak zasnal po kilku minutach zmeczony rozmowa.

                                                                           ***
Obudzil sie po paru godzinach. Zobaczyl spanikowanego Jamesa ktory biegal w kolko po pokoju lapiac sie za glowe. Szybko stanal na rowne nogi ocierajac jednoczesnie oczy. "Co sie dzieje?" - Pomyslal. Bialo wlosy dopiero po kilku sekundach zobaczyl ze przyjaciel juz sie obudzil. Szybko zlapal go za reke ciagnac na korytarz.
-Demony sa w poblizu! - Wykrzyknal przerazony. - Biegnij na dol schodami, pozniej wyjdz z domu i biegnij caly czas prosto! Trafisz do lasu. Biegnij ile sil w nogach, rozumiesz? Schowaj sie gdzies. Jesli nie przezyje, przepraszam.
Christian poczul jak lzy zaczynaja kapac mu z oczu. James podszedl do niego i pogladzil go ciepla dlonia po wlosach. Usmiechnal sie serdecznie.
-Zrob to dla mnie. - Odparl i zaczal gdzies biec. "Czy on moze umrzec...?" - Pomyslal w tej chwili zaplakany Chris. Chcial i tak spelnic zyczenie przyjaciela. Zaczal biec tak jak mu kazal. Ciagle potykal sie o jakies dziwne przedmioty. Byl caly poobijany. Czul ze z nosa leci mu krew ale i tak biegl. Nie mogl zawiezc Jamesa. Po kilku sekundach zobaczyl bardzo wysokiego faceta. Byl caly ubrany na czarno. "Demon?" - Pomyslal probujac uciec. Ten jednak zatrzymal go sila.
-W koncu cie mam. - Rozesmial sie smiechem psychopaty. - Drugi syn tego psychopaty ktory probuje wymordowac nasz gatunek. Zniszcze cie, rozumiesz?!
Mezczyzna chwycil go mocno za gardlo. Czul ze sie dusi. Nie mial powietrza. Chcial krzyknac ale nie mogl. Po minucie mezczyzna rzucil nim o murek. Bylo coraz gorzej. Chris lezal caly zakrwawiony na chodniku. Nie mogl oddychac. Demon podszedl do niego blizej. Smial sie. Caly czas sie smial. Tak jakby uslyszal genialny zart. W tym momencie nastolatek uslyszal jakis glosny krzyk. Nie mogl rozpoznac glosu. Byl za slaby. Czul ze zaraz umrze.
-Z kim ja zyje...- Uslyszal zdenerwowany glos. Zobaczyl sylwetke bardzo przystojnego chlopaka, troche starszego od niego. Mial grzywke opadajaca na oko i dwa kolczyki w wardze. Wyglad idealnie. Ubrany w bordowy sweter i czarne rurki wygladem przypominal lekko Katherine w wersji czlowieka. Chwycil z calej sily demona za gardlo i rzucil nim o murek o ktory wlasnie opieral sie Chris. Bal sie. Czul niewiarygodne przerazenie. Widzial jednak ze chlopak probuje mu pomoc. Podszedl do niego i usmiechnal sie przyjaznie.
-Siema. - Powiedzial jakby nic sie nie stalo podajac nastolatkowi reke. Ten jednak nie mial nawet sily podniesc swojej dloni. Widzac to, facet wzial go na rece stekajac przy tym ciezko. - Zaniose cie do mojego mieszkania, dobra?
Chris skinal lekko glowa nie mogac wydusic z siebie slowa. Po dziesieciu minutach doszli do malego mieszkanka. Bylo bardzo zrujnowane. Wszedzie lezaly kartki. Sciany byly obdarte z czarnej tapety. Widac bylo ze dawno nikogo tam nie bylo. Tajemniczy mezczyzna polozyl go na dosc duza szara kanape i westchnal ocierajac reka czolo.
-Poczekaj, zaraz bedzie po wszystkim. - Odparl jakby nic sie nie stalo. Przylozyl reke do glowy Chrisa. Nastolatek spojrzal na swoje rece. Wszystkie rany znikaly. Nie czul juz bolu. "Kim on do cholery jest?" - Pomyslal krecac glowa ze zdziwieniem.
-Nie moge nic zrobic z twoim podbitym okiem i ranami na twarzy ale zrobilem co moglem. Juz nie bedzie cie bolec, wszystkie rany oprocz tych o ktorych przed chwila mowilem zniknely. - Usiadl na kanapie przecierajac sennie oczy.
-Kim jestes? - Spytal ciekawie Chris. Byl ciekawy kim jest ten facet. Jakis miejscowy lekarz? O co tu chodzilo? Facet wydawal sie strasznie podejrzany. Po co go ratowal?
-Jestem wampirem. - Usmiechnal sie tajemniczo jakby powiedzial cos normalnego. "Czyli sa demony, anioly i jeszcze wampiry." - Pomyslal Christian spogladajac ciekawie na faceta.
-Chodzilo mi o jakiejs dokladniejsze informacje...- Westchnal odwzajemniajac usmiech. - Na przyklad o twoje imie.
-Rozumiem. - Powiedzial powaznym tonem. - Mam na imie Max*. Waze jakies szescdziesiat kilogramow i mam metr 76.
-Ale jestes szczegolowy. - Rozesmial sie. - Jestem Chris. Bardzo ci dziekuje za to ze mnie wtedy uratowales...Wampiry potrafia kogos tak szybko uzdrawiac?
-Powiedzmy. - Westchnal jakby nastolatek powiedzial cos niewlasciwego. - Nie lubie demonow. Znecaja sie nad slabszymi. Musialem ci pomoc. Zostaniesz dluzej?
-Moge? - Odparl z podziwem dla Maxa. Jego tok myslenia naprawde mu odpowiadal. On chociaz go nie pobije. Calkowicie zapomnial o Jamesie ktory wlasnie w tym momencie walczyl z demonami chroniac domu. - Dzieki.
-Nie ma za co. - Pogladzil sie po glowie. - Mozesz spac na kanapie. Ja bede spal na podlodze bo niedawno sie wprowadzilem i jeszcze nic nie zdazylem zrobic, zreszta to widac.
Chris ponownie sie zasmial. Zauwazyl ze maja wrecz identyczne poczucie humoru wiec na pewno sie dogadaja.
-Opowiesz mi cos wiecej o wampirach?
-No dobrze. - Westchnal. - Ale najpierw ty opowiedz mi cos o sobie. Nie wygladasz na aniola ktory zyje tu od lat. Wygladales na strasznie przerazonego przy tym demonie.
-Jeszcze kilka dni temu bylem czlowiekiem. - Odparl cicho. - Nagle Katherine, aniol w ludzkiej osobie zaczepila mnie na ulicy. Wracalem akurat z parku, bylem tam spotkac sie z przyjacielem i zapomnialem telefonu. Oddala mi moj telefon i zaprosila do siebie. Pomyslalem ze jest bardzo mila...Dotarlismy do starej kamienicy. Nie bylem zbytnio zdziwiony bo wygladala dosc dziwnie wiec to miejsce do niej pasowalo. A tam zaczelismy gadac, ona zaczela mi opowiadac o tym ze jest inna...Przytulilem ja, pocieszylem a ona pokazala mi swoje skrzydla. Pozniej wszedl James. Pol demon pol aniol. Zaczelismy rozmawiac...A pozniej przeszedlem jakas przemiane i wygladam teraz jak wygladam. Poznalem tutaj swojego brata i ciocie oraz dowiedzialem sie ze mam ojca ktory jest krolem piekla. Myslalem ze znajduje sie w jakims psychiatryku. Teraz juz sie troche do tego przyzwyczailem.
-Mialem podobnie. - Mruknal wampir patrzac w podloge. - Tylko mnie porwaly demony. Pobily mnie. Bylem na skraju wyczerpania. Kiedy juz prawie umarlem moja siostra mnie uratowala. To znaczy ta siostra z piekla. I zaczelo sie...Zmiana wygladu, wyrosly mi zeby, musialem zywic sie krwia. To bylo obrzydliwe. Teraz sie przyzwyczailem ale i tak czuje do siebie okropna odraze. Czasami zaluje ze wtedy mnie nie zabili. Chociaz nie musialbym pic krwi.
Zamilkli. Cisza byla straszna. Mieli podobne przezycia. Wampir, byly czlowiek oraz aniol, rowniez byly czlowiek siedzieli teraz w jednym pokoju rozmyslajac nad swoimi zyciorysami. "Coby sie stalo gdybym umarl?" Mysleli o tym samym. "Poszedlbym do piekla czy do nieba?" Ich myslenie przerwalo pukanie do drzwi.
-Otwarte! - Krzyknal donosnym glosem Max. Do pokoju weszla wysoka blondynka. Miala krotkie blond wlosy spiete w kucyka. Na ustach dziewczyny Chris spostrzegl krew. Miala cale usta we krwi. "Wampiry." - Pomyslal. Nie zdziwil go ten widok. Nie poczul zadnej odrazy. Ludzie musza jesc, wampiry pic ludzka krew. To bylo dla niego normalne. W koncu byl w piekle - W miejscu w ktorym wszystko o czym nigdy nawet nie snil w prawdziwym swiecie bylo mozliwe.
-Siema! - Usmiechnela sie wesolo. Miala wampirze zeby. Byla ubrana w czerwono-krwista sukienke i biale sandaly. Usiadla z calym impetem na sofie obok chlopakow. - Widze ze masz nowego kolege, co Max? Jestem Miranda.
-To wlasnie moja siostra...- Jeknal patrzac na nia Max. - To wlasnie o niej ci opowiadalem. Tez jej nie znalem w prawdziwym swiecie.
-Ty czasem nie jestes tym drugim synem krola? - Spytala zdziwiona ale z jej twarzy nie znikal radosny usmiech. - Wiesz, znam dobrze twojego brata.
-Naprawde? - Odparl zdziwiony. - Jestem Christian. Opowiesz mi cos o nim? Niby to moj brat ale caly czas malo o nim wiem. Slyszalem troche jednak chce dowiedziec sie czegos konkretnego.
-Konkretnego? - Popatrzyla w sufit jakby sie nad czyms zastanawiala. - Strasznie martwi sie o innych. Nie ma zbyt duzo znajomych bo jest zawzietym pracoholikiem. Obiecal sobie ze nigdy nie bedzie mial dziewczyny. Nienawidzi ludzi. Ma wielki zal do swojej matki. Mysli ze jest idealem, troche zadufany w sobie ale jak mowilam martwi sie o innych...Nie wiem co jeszcze moge ci powiedziec.
-Ile sie znacie?
-Juz chyba jakies trzy lata...- Odpowiedziala kladac nogi na stole. - Brat, tez to czujesz?
Nagle zmienila temat a Chris kompletnie nie wiedzial o czym mowi.
-Demon. - Powiedzial powaznym tonem. Po jego oczach bylo widac ze jest maksymalnie przerazony i nie wie co robic. Wstal z sofy i zaczal sie rozgladac.
-Miranda, zostan tutaj i sprobuj cos zrobic. - Odparl szybko. - Ja musze stad isc i chronic Christiana. One przyszly tu po niego.
-Znowu zostane pobity...?- Spytal z przerazeniem w glosie.
-Sprobuje cie obronic. - Westchnal zmeczony ciaglym walczeniem z demonami. - Chodz za mna. Przed domem stoi moj motor. Musisz jechac bez kasku ale bede ostrozny wiec raczej nic sie nie stanie chociaz...Nie mam prawa jazdy ale trudno. Nie ma tutaj zbyt duzo psow.
Miranda poslusznie zaczela wykonywac rozkaz zaczynajac sie rozgladac po pokoju. Wyciagnela jakas dziwna rzecz przypominajaca pistolet z kieszeni. Chris szybko wybiegl razem z Maxem z mieszkania. Przed domem, tak jak powiedzial wampir stal duzy motor. Szybko wsiedli na scigacza. Nie przejmowali sie brakiem prawo jazdy. Teraz zycie bylo wazniejsze. Jechali naprawde szybko. Christian czul ze zaraz uderza w drzewo. Kurczowo trzymal sie Maxa jednak czul przy nowym przyjacielu ze jest bezpieczny. Po chwili z piskiem opon zatrzymali sie na srodku ulicy.
-Cholera! - Wykrzyknal Max glosno. - Nie mam wiecej paliwa. Czuje ze tutaj roi sie od demonow. Przykro mi ale nie bede mogl cie obronic. Musisz sobie radzic sam bo inaczej zabija nas obu. Uciekaj w lewo, jak najszybciej potrafisz, rozumiesz?!
Chris skinal glowa. Zaczal uciekac. Nic nie widzial. Byl srodek nocy. Znow ledwo oddychal. Byl zmeczony. Nie mial juz wiecej sily na uciekanie. Upadl na ziemie. Nie mial sily sie ruszyc. Po paru sekundach uslyszal czyjs smiech za swoimi plecami.
-Tym razem mnie tak nie zalatwicie! - Usmiechnal sie tajemniczo. Podniosl rece i zaczal nimi machac. Skrzydla nie chcialy wylonic. "Co sie z nimi dzieje?!" - Pomyslal. "Dlaczego nie dzialaja?" Nie myslac co robi szybko wstal na nogi i zaczal ponownie biec. Uslyszal ze smiech jest coraz blizej. Przerazil sie. Naprawde nie mogl sie juz ruszyc. Upadl na twarz. Poczul ze zaczyna leciec mu krew z nosa. Nie mogl jednak nic zrobic. Probowal ruszyc reka. NIC. Po prostu nie mogl. Byl na skraju swoich sil. Smiech byl juz naprawde blisko. Ktos zlapal go za reke. Myslal ze to reka Maxa a jednak...To byla reka demona. Scisnal ja tak mocno ze Chris poczul iz zaraz jego reka rozpadnie sie na najdrobniejsze kawaleczki. Demon podniosl go za reke do gory. Pozniej zlapal go za szyje...Znow zaczal dusic. Powtorka z rozrywki. Znowu to samo.
-Udus mnie! - Wykrzyknal nieswiadomy tego co mowi. - Mam to wszystko gdzies. Nie chce tu zyc! Jezeli ktos ma mnie dusic dwa razy dziennie dziekuje.
Wyjeczal cicho. Chcial dodac cos jeszcze ale nie mogl mowic. Demon nagle go puscil. "Co sie dzieje?" - Pomyslal. Zobaczyl zblizajaca sie sylwetke Maxa. Ten podbiegl do niego i wzial na rece jakby byl panna mloda. Zaczal biec. Ruszal sie niezmiernie szybko. Po pieciu minutach biegu puscil Chrisa. Mozna powiedziec ze wrecz rzucil nim o ziemie a sam ukleknal dyszac ciezko.
-Krwi...*- Szepnal bardzo cicho. - Potrzebuje krwi...
Christian poslusznie zdjal koszule i podszedl do przyjaciela. Znowu nie czul bolu. Pewnie Max zdazyl go juz uleczyc. Musial mu sie jakos odwdzieczyc. Chociaz we krwi. Tylko tyle mogl dla niego zrobic. Ukleknal. Max wbil swoje zeby w jego szyje. Pil krew przez minute a pozniej otarl usta rekawem i spojrzal na przyjaciela.
-Nie jestes juz zmeczony? - Spytal martwiac sie o niego. - Uleczylem przed chwila twoje rany. Dziekuje za to ze dales mi sie napic. Nie moge biec dalej bez krwi.
-Jestem gotowy. - Usmiechnal sie po czym zemdlal. "Wlasnie widze jaki jest gotowy. Pewnie to dlatego ze w ciagu doby nie powinienem go tyle razy uzdrawiac. Jezu." - Pomyslal Max. Wzial go ponownie na rece i znowu zaczal biec.
-Gra wkrotce sie zacznie*. - Westchnal mowiac do siebie.

  to be continued
*Wzorowalam postac Maxa na tym arcie: KLIK
*Wampiry w piekle aby miec sile musza pic krew co trzy dni. Jezeli tego nie zrobia moga umrzec w ciagu dwoch dni.
*W kolejnym rozdziale zostana wyjasnione przerazliwe slowa Maxa, mowiac gra mial na mysli cos w rodzaju wojny.
***Doszlismy juz do trzeciego rozdzialu! Jak widzicie dzieje sie, najpierw James, pozniej Matthew, teraz nasz kochany Max... Cos duzo tu przedstawicielow plci meskiej. Musze w koncu pomyslec nad jakas dziewczyna. No tak, Miranda...Ale ona bedzie pojawiac sie tylko raz na jakis czas. Co sadzicie o tym aby zrobic jakas dziewczyne ktora zakocha sie w Chrisie? (oczywiscie on nie odwzajemni tej milosci)
DO ZOBACZENIA! 

                                                     

2 rozdzial (?)

                                                                          2

Chlopak obudzil sie o dziesiatej rano. Zobaczyl siedzacego na fotelu Jamesa. Czytal ksiazke o poezji. Wyraznie czekal az Christian sie w koncu obudzi. Spojrzal na niego z marnym usmiechem.
-W koncu. - Jeknal odkladajac ksiazke na polke.
-Co ty tu robisz? - Chris przeciagnal sie i popatrzyl na bialo wlosego nastolatka. - Poza tym ile ty masz lat ze juz siwy jestes?
James rozesmial sie glosno.
-Jestem o wiele starszy od ciebie, o jakies tysiac lat. - Westchnal smutno. - Ale niewazne. Mialem cie zaprowadzic do Matthewa.
-Tysiac lat? - Zdziwil sie z lekkim usmieszkiem. - Widze ze dlugo juz zyjesz na tym swiecie. Czego moze chciec ode mnie ten stary pryk?
-Moglbys wyrazic troche wiecej wdziecznosci. - Mruknal chlopak. - Przez Matta nie bedziesz musial przechodzic tych wszystkich rzeczy.
-A nie mozemy sobie dzisiaj tego odposcic? - Usmiechnal sie blagajaco Christian spogladajac na nowego przyjaciela. - Nie mam ochoty z nim teraz rozmawiac. To troche za duzo dla mnie jak na ten czas.
-Rozumiem.
-To jak? - Odparl Chris przygladzajac wlosy.
-Ubieraj sie. - Rozesmial sie szalenie bialo wlosy aniol. - Pojdziemy do biblioteki, pokaze ci kilka miejsc.
-Najpierw powiedz mi gdzie sa moje ubrania.
-W lazience, szafka po lewej. - Powiedzial. - Pojdziesz sam czy mam ci pomoc sie przebrac?
Chlopak ponownie wybuchl szalonym smiechem. Chris rowniez rozesmial sie wesolo. Poczul ze James go wspiera. Najwyrazniej to prawda ze sie o wszystkich martwi. Chris poszedl szybko do lazienki i wlozyl naszykowane wczesniej przez Marie ubrania. Umyl zeby i przeczesal grzebieniem wlosy. Po chwili byl juz gotowy. James zlapal go w pasie i zaslonil oczy ciepla, duza dlonia. Kilka sekund pozniej znajdowali sie w bibliotece. Christian rozejrzal sie w okol siebie. Pomaranczowe sciany idealnie wspolgraly z wielkimi obrazami. Wszedzie byly przerozne ksiazki i wiele foteli. Usiadl na jednym z nich. Przyjaciel zrobil to samo.
-Czesto tu przychodze. - Mruknal cicho James. - Zawsze chcialem odwiedzic biblioteke w prawdziwym swiecie.
-Zapewniam cie, ze wyglada o wiele gorzej niz tutaj. - Usmiechnal sie Chris. - O co chodzi z ta teleportacja?
-Anioly ktore zyja dluzej w piekle maja przerozne umiejetnosci. - Odparl gestykulujac przy tym zawziecie. - Do tych umiejetnosci nalezy rowniez teleportacja. Mam zranione skrzydla, nie moge teraz latac.
-Matko boska. - Przestraszyl sie chlopak. - Co moglo ci sie stac w skrzydla?
-Powiedzmy ze maly wypadek...- Usmiechnal sie tajemniczo bialo wlosy. - Obiecasz mi ze opowiesz kiedys troche o twoim dawnym zyciu?
-Nie bylo w tym nic ekscytujacego o czym mozna byloby opowiadac. - Mruknal cicho. Jego zycie bylo monotonne, nic sie w nim nie dzialo. Chodzil do szkoly, wracal, odrabial zadanie domowe...Wszystko bylo takie normalne. Teraz mogl chociaz rozpoczac to wszystko na nowo i nie zyc juz w tej ciaglej monotonii.
-Musze ci cos powiedziec. - Westchnal James po chwili milczenia. - Czasem moga gonic cie rozni ludzie. To demony. Sa bardzo niebezpieczni. Wole zebys trzymal sie blisko mnie bo moga ci cos zrobic.
-No dobrze. - Jeknal. - Na poczatku gdy cie poznalem nie sadzilem ze potrafisz byc mily ale teraz...Naprawde cie polubilem, wiesz?
-Przepraszam. - Usmiechnal sie przepraszajaco. - Mozna powiedziec ze nie bylem w humorze.
Nastalo milczenie. Po paru minutach James zerwal sie nagle gwaltownie z miejsca i chwycil Chrisa za reke.
-Wyczuwam jakiegos demona. - Szepnal mu do ucha. - Chwyc sie mnie mocno, musimy stad leciec. Moja teleportacja nie dziala kiedy demony sa w poblizu. Nie puszczaj sie mnie, nie mozesz teraz latac. Twoje moce nie sa jeszcze az tak silne.
Christian skinal glowa. Po chwili unosili sie w powietrzu. Chlopak uwaznie przyjrzal sie wielkim skrzydlom przyjaciela. Byly o wiele wieksze od jego malych skrzydelek. Mialy intensywniejsza barwe i swiecily sie. Byly przepiekne. Po kilku sekundach James stanal. Znajdowali sie w jakims lesie. Ukleknal i zaczal lapac sie za gardlo. Wydawal dziwne odglosy jakby sie dusil.
-Odejdz! - Wykrzyknal do Chrisa. - Nie pozwole zebys widzial mnie w takim stanie, odejdz w tej chwili!
Chlopak poslusznie odszedl kilka krokow tak aby nie widziec przyjaciela. Byl przerazony sytuacja. Znajdowali sie w wielkim lesie. Zaraz powinno robic sie ciemno. Uslyszal glosny krzyk. Rozpoznal glos Jamesa. To on krzyczal. Momentalnie stanelo mu serce. Nie wiedzial co robic. Zlapal sie bezradnie za glowe. Nie chcial podchodzic do przyjaciela, nie wiedzial co sie dzieje. Uslyszal jeszcze raz glosny krzyk. Poczul ze kreci mu sie w glowie. Zemdlal.

                                                                       ***
-Cholera jasna. - Uslyszal cichy glos Jamesa. Otworzyl szybko oczy spogladajac na cala zakrwawiona twarz przyjaciela.
-James...- Jeknal cicho. - Co tu sie dzieje...
-Cale szczescie. - Christian zobaczyl splywajace lzy po zakrwawionych policzkach bialo wlosego chlopaka. - Balem sie ze cie strace. Zemdlales tak nagle.
-Nie przejmuj sie mna...- Wyjeczal czujac ze dalej kreci mu sie w glowie. - Zobacz lepiej jak ty wygladasz...
-Matthew zaraz tu przyjdzie. - Usmiechnal sie ze smutkiem w oczach. - Pomoze ci. Mogles umrzec, rozumiesz?! Wiesz jakbym sie czul gdybys teraz umarl?
-Po co mi on...
-Pomoze ci. - Westchnal zmartwiony stanem Chrisa. - Zabierze cie do domu i wytlumaczy co sie stalo, dobrze? O mnie sie nie martw. Spotkamy sie wkrotce. Do zobaczenia...
Po kilku sekundach chuda sylwetka chlopaka zniknela. "Jezu, co tu sie dzieje..." - Pomyslal ledwo zywy Christian niezdajacy sobie sprawy ze swojej sytuacji. Spojrzal na swoje rece. Byly cale we krwi. On lezal w kaluzy krwi. Wszystko bylo we krwi. Chlopak od razu gdy zobaczyl co sie dzieje oprzytomnial i wstal. Zobaczyl wysokiego mezczyzne. "No tak, Matthew." Brat od razu do niego podbiegl. Mial rozwiane wlosy i umazane rece we krwi. Cale jego ubranie bylo umazane w tej samej czarnej mazi co twarz Katherine przy ich pierwszym spotkaniu. Matthew dotknal ciepla reka jego policzka ocierajac lecaca lze. Przytulil go jednoczesnie glaskajac po glowie.
-Juz dobrze, nie martw sie...- Uspokajal mlodszego brata. Ten momentalnie przestal plakac wtulajac sie w ramie mezczyzny. Zamknal oczy. Zobaczyl ze znajduja sie teraz w jego pokoju. "Teleportacja." - Pomyslal wzdychajac.
-Odpocznij. - Powiedzial zatroskanym tonem brat. - Pozniej do ciebie przyjde, wyjasnie ci wszystko.
Chlopak polozyl sie szybko do lozka i probujac zapomniec o calej sytuacji zasnal.

                                                                              ***
-Nie wiem co ten idiota sobie myslal...- Uslyszal zdenerwowany glos brata. Wybudzony ze snu przez glosna rozmowe usiadl na lozku po czym przetarl oczy. Ujrzal siedzacego na fotelu Matthewa oraz piekna mloda kobiete ubrana w dluga czarna suknie. Kobieta miala zrobiony mocny makijaz i spiete wlosy w koka. Byla niesamowicie piekna. Wygladala tak jak prawdziwy aniol. Widzac ze Christian juz wstal usmiechnela sie do niego cieplo. Usiadla obok niego na lozku i poglaskala go po glowie.
-Witaj. - Powiedziala lapiac go za reke. - Jestem Elizabeth. Naprawde ciesze sie ze moge cie w koncu poznac. Gdy Matthew powiedzial mi, ze juz przybyles od razu wyruszylam w podroz aby cie odwiedzic. Jestem twoja ciotka. Siostra twojego ojca.
-Dzien dobry...- Jeknal oniesmielony chlopak. - Mi rowniez milo poznac.
Spojrzal ze zdziwieniem na brata. Ten z usmiechem przygladal sie calej sytuacji jakby wszystko bylo w normie.
-Jak ci sie u nas podoba? - Spytala z ciekawoscia w glosie. - Na pewno to musial byc wielki wstrzas dla takiego czlowieka jak ty.
-Nie ukrywam ze naprawde jestem zdumiony tym wszystkim. - Odparl. - Nagle poznaje moja rodzine o ktorej nigdy nie slyszalem, do tego jestem aniolem i ta wczesniejsza sytuacja...
-Matthew, moze w koncu wyjasnisz o co chodzilo? - Burknela do mezczyzny ktory dalej bacznie im sie przygladal. Ten westchnal cicho krecac glowa.
-Nie chcialem tego robic w twojej obecnosci ale coz. - Powiedzial zawiedzionym tonem. - James, ten idiota doskonale wiedzial ze powinien cie przyprowadzic do mnie a nie latac po jakis lasach...Nie rozumiem co on sobie myslal. Niby jest dorosly ale zachowuje sie jak kompletne dziecko. Tak wiec powiedzmy...Nie wiem jak to ujac. On nie jest do konca aniolem. Jego rodzice to demony. Biedak wie ze jego zycie wkrotce dobiegnie konca. Pol demony a pol anioly nie moga zyc tak jak normalne anioly a on ciagle przeciwstawia sie moim rozkazom, moge powiedziec ze prosi sie o smierc. Jednym z tych rozkazow bylo to iz nie moze latac naturalnym sposobem bo inaczej moze sie nawet wykrwawic na smierc. I tak sie stalo. Gdy lecieliscie oslabl i nie mogl juz dalej leciec. Wtedy zaczal krwawic i pojawily sie demony...Ktore chcialy cie zaatakowac. Im naprawde na tobie zalezy, jestes ich ofiara dlatego James musi cie chronic ale watpie ze pozwole mu to dalej robic. On mimo tego ze bardzo krwawil chcial cie uratowac, ty zemdlales...On zaczal zabijac demony. Walczyl do samego konca. Stad ta krew. Musi w obecnym czasie przebywac w lozku ale ma juz calkiem polamane skrzydla, do tego jego teleportacja oslabla. Rozumiesz co to znaczy? On sie wykancza. Mysle ze jak bedzie sie tak zachowywal dalej to nie pozyje wiecej niz dwa miesiace.
-Dlaczego mowisz o tym z taka lekkoscia?! - Wykrzyknal ze lzami w oczach Chris. Naprawde polubil Jamesa. Pierwszy raz w zyciu czul ze zdobyl prawdziwego przyjaciela a teraz slyszy ze on moze umrzec. "Nie. Nie dopuszcze do tego." - Pomyslal ocierajac oczy.
-Posluchaj. - Zaczal dalej przemawiac Matthew nie zwazajac na slowa brata. - Zauwazylem ze James traktuje cie calkiem inaczej od reszty. Zawsze bywa chamski, nienawidzi wszystkich otaczajacych go ludzi. Przy tobie zachowuje sie jak calkiem inna osoba. Tylko ty mozesz go przekonac do tego aby zmienil cos w swoim postepowaniu.
"Czyli jednak bardzo sie o niego martwi ale probuje tego nie okazywac." - Chris usmiechnal sie sam do siebie slyszac slowa brata.
-Przyjde do niego dzisiaj. - Postanowil obmyslajac juz to co powie. - Tylko dlaczego on jest taki tylko do mnie?
-Nie mam kompletnego pojecia. - Westchnal Matthew. - Mysle ze po prostu naprawde cie polubil. Nawet do mnie ciagla rzuca te swoje chamskie odzywki.
-Kim ty wlasciwie jestes? - Spytal ciekawy Chris. Od wczoraj zastanawial sie nad tym kim wlasciwie jest jego brat, jaka ma range w tym calym piekle. "Wydawal sie niesamowicie odpowiedzialny i taktowny wiec pewnie jest kims waznym." - Myslal.
-Zastepuje ojca. - Usmiechnal sie lekko zaskoczony pytaniem brata. Sam czasami nad tym rozmyslal. Nie jest zadnym zastepca. Jest sluga ojca, praktycznie nikim. Ojciec tylko nim chamsko pomiata. Chcial zmienic temat bo czul ze zaraz sie rozplacze. Nie chcial pokazywac swojej wrazliwosci przy dopiero co poznanym bracie. - Co do twojej matki, jakos sie trzyma. Kiedys mozesz ja odwiedzic ale w mojej obecnosci i w nowym ciele ktore ci stworzymy. Wszystkie anioly maja dwa ciala, swoje prawdziwe cialo czyli to w ktorym poruszaja sie po piekle i to w ktorym odwiedzaja swiat czyli swoje drugie cialo. Jak widzisz anioly w piekle wygladaja...Troche dziwacznie, czerwone oczy i podobne nieludzkie rzeczy dlatego musza posiadac dwa ciala.
-A co jak ktos w ludzkim ciele wyjawi prawde o piekle czlowiekowi?
-Hm...- Pomyslal przez chwile Matthew. - Wtedy czeka go kara smierci albo czasem czlowiek ktoremu o tym powiedzial umiera i budzi sie w piekle.
-Moze w koncu skonczysz klapac jadaczka, Matt i pozwolisz mi porozmawiac troche z Chrisem? - Warknela Elizabeth patrzac wrogo na siostrzenca.
-Uspokoj sie, kobieto. - Rozesmial sie glosno Matthew. - W takim razie wychodze tylko obiecaj mi ze wstapisz do Jamesa. Zostawiam was.
Mezczyzna wstal i wyszedl pospiesznym krokiem z pokoju. Christian dopiero teraz zobaczyl ze ma zmienione ubranie i nie ma na nim zadnego sladu krwi.  Usmiechnal sie do siebie. Ciocia patrzyla na niego z podziwem.
-Bardzo sie ciesze ze do nas dolaczyles. - Powiedziala. - Co u twojej matki? Nie przejmuj sie tym co twoj brat o niej mowi. Ma do niej wielka uraze. Moze postapila z tym ze go oddala i zostawila ojca bardzo nieodpowiedzialnie i glupio ale...Rozumiem ja. To musial byc dla niej wielki szok.
-Wlasciwie dlaczego on jest do niej tak wrogo nastawiony? - Spytal chlopak bawiac sie jednoczesnie poduszka. - Mam wrazenie ze nienawidzi ludzi.
-Opowiem ci cos. - Westchnela ciezko czujac sie zmuszona do opowiedzenia tej dlugiej historii. - Tylko nigdy nie mow o tym Mattowi. Obiecalam mu ze nikomu nie powiem, jest bardzo wrazliwy na punkcie tej historii. Do matki ma wielki zal, owszem ale to nie przez to tak bardzo nienawidzi ludzi. Kiedys przybyl do swiata ludzi w celu odwiedzenia matki i...W drodze do waszego domu poznal dziewczyne.Miala na imie Vanessa. Byla bardzo piekna. Mam nawet gdzies jej zdjecie, kiedys ci je pokaze. To byla milosc od pierwszego wejrzenia. Od razu sie w niej zakochal. Nie przejmowal sie tym ze byla czlowiekiem. Zaczepil ja, zaczeli rozmawiac...Pozniej co kilka dni odwiedzal ja w jej mieszkaniu. Wyjawil jej wszystkie sekrety, o tym ze jest aniolem, o piekle...Pewnego dnia nawet ja ze soba zabral mowiac wszystkim ze to rzekoma kobieta ktora jest boginia piekla. Jego ojciec jednak wyczul ze to klamstwo. Bardzo sie poklocili, ojciec strasznie go ochrzanil za to ze wyjawil zwyklej smiertelniczce wszystkie sekrety piekla. Wywalil go z domu, odebral wszystkie moce...Chlopak byl bezradny. Okazalo sie ze ta cala Vanessa byla naukowcem. Potrzebowala tych wszystkich informacji do swoich badan, tak naprawde go nie kochala i miala meza. Oczywiscie krol srogo ja ukaral torturami a pozniej kara smierci ale biedny Matt dalej nie moze sie po tym pozbierac. Najpierw matka, pozniej ta dziewczyna...Od tamtej chwili nienawidzil wszystkich ludzi. Oprocz ciebie. Ciebie zawsze kochal i obserwowal. Czesto przechodzil kolo waszego domu, jak jakies demony chcialy ci cos zrobic zawsze cie ochranial.
-Naprawde nazywala sie Vanessa? - Zapytal zdziwiony. - Mama kiedys opowiadala mi ze mielismy sasiadke o tym samym imieniu ktora nieszczesliwie zmarla na raka w bardzo mlodym wieku.
-Pewnie od razu poznala ze to nie byl zaden rak tylko to krol ja tak ukaral. - Usmiechnela sie. - Twoja mama ma bardzo dobre serce. Kocha Matta ale wstydzi sie tego.
-Wstydzic sie swojej milosci do dziecka? - Rozesmial sie chlopak. - Zalosne. Nawet nigdy mi o nim nie powiedziala, zreszta po czesci rozumiem ja.
-Nie miej do niej zalu. Poza tym twoj brat nie powiedzial ci calej prawdy o twojej mamie. Wcale nie czuje sie dobrze. Ale o tym bedziesz musial juz z nim kiedys porozmawiac.
-Juz mnie to nie interesuje. - Odparl. - Jestem teraz aniolem, nie mam juz z nia nic wspolnego. Pewnie nigdy sie nie spotkamy. Taki los.
-Naprawde stajesz sie aniolem! - Usmiechnela sie radosnie Elizabeth. - Wybacz ale musze juz uciekac. Praca wzywa. Nie zapomnij odwiedzic Jamesa. Za tydzien do ciebie wpadne i jeszcze porozmawiamy. Do zobaczenia!
Kobieta wstala podnoszac swoja suknie i wyszla z pokoju. "Cudowna rodzina mi sie trafila. Calkiem przyzwyczajam sie do tego wariactwa tylko Matt...Martwi mnie jego postawa, to ze dwoch ludzi go zranilo to nie znaczy ze wszyscy tacy sa." - Pomyslal smutno. "Musze z nim o tym porozmawiac ale najpierw James."
Szybko udal sie do lazienki. Wyciagnal koszule i uprane spodnie z szafy po czym szybko ubral sie i czeszac jednoczesnie wlosy umyl zeby. Pospiesznie wyszedl z pokoju kierujac sie do stolowki. "Zaraz sie nim zajme. Najpierw musze cos zjesc. " - Westchnal ciezko idac po schodach. Wszystko zaczelo sie ukladac. Chlopak przyzwyczajal sie do nowej rodziny i dziwnego miejsca. TO bylo jego nowe zycie. Musial po prostu zapomniec o przeszlosci i zyc dalej!



***No i drugi rozdzial! Jak obiecalam, wiecej Matthewa i troche z jego przeszlosci. Oczywiscie James tez musi byc jednak o wiele wiecej dialogow i akcji z nim bedzie w trzecim rozdziale. Teraz skupilam sie na tajemniczej cioci ktora naprawde nie jest tym za kogo sie podaje (wyjasnienie bedzie w bodajze 7 rozdziale) oraz na Matthewie. Pewnie zauwazyliscie ze czasem zdrabniam to imie na Matt aby nie powtarzac ciagle tej samej wersji. Mam nadzieje ze sie wam spodobalo! Do zobaczenia :)

TO BE CONTINUED

                                                                
                                                                         (Art wyzej przedstawia bohatera ktorego bedziecie mogli poznac w nastepnym rozdziale.)

ROZDZIAL PIERWSZY (?)

                                                  

                                                                              1

-Skad mialas pewnosc ze to on? - Christian uslyszal sciszony, cienki glos bialo wlosego chlopaka. - Wyglada zwyczajnie, a raczej wygladal.
-Wiesz, mam te wyczucie. - Rozesmiala sie glosno Kath*. - Poza tym byl bardzo blady i mial podobne oczy do krola, to musial byc on.
-Jestes z ciebie dumny, w koncu zrobilas cos pozytecznego. - Westchnal James z usmiechem na ustach. - Popatrz, budzi sie.
Chris spojrzal na nich ze zdziwieniem w oczach. Myslal ze to wszystko to byl jeden wielki sen. A jednak. Przetarl oczy i usiadl powoli. Rozejrzal sie w okol siebie. Siedzial na malym, drewnianym lozku w pokoju podobnym do tego od Katherine. Obok niego siedzial James a na fotelu przed nim lezala Kath. "Czyli to nie byl sen, to rzeczywistosc." - Pomyslal przerazony patrzac przestraszony na bialo wlosego chlopaka. Ten rzucil mu ostre spojrzenie.
-Tak wiec oczekujesz wyjasnien? - Spytal wrednie. - Coz. Kath, podaj mi lustro. Niech biedny chlopak zobaczy jak teraz wyglada.
Dziewczyna poslusznie podala Chrisowi swoj telefon z wlaczonym aparatem aby chlopak mogl sie przejrzec. Spojrzal. Przestraszyl sie samej swojej osoby. Byl bardzo blady, mial czarne wlosy i dziwne znaki na rekach. Jego oczy byly biale jak snieg. Upuscil telefon. Poczul ze dretwieje mu cialo. "To nie moze dziac sie naprawde." - Pomyslal rozgladajac sie zdesperowanie po pokoju. Wszystko bylo prawdziwe. Uszczypnal sie mocno. Poczul bol. To rzeczywistosc. To nie jest sen. Zostal wplatany w jakas chora gre i nie moze uciec. To koszmar. Koszmar o ktorym jeszcze nawet nigdy nie snil. Zaczal dotykac sie po twarzy aby upewnic sie na sto procent ze to nie jest sen. Dotknal swoich wlosow. Prawdziwe.
-Zdziwiony? - Rozesmial sie smiechem psychopaty James patrzac na Chrisa rozbawionym wzrokiem. - Wygladasz calkiem niezle, spojrz lepiej na mnie.
-Gdzie ja do cholery jestem? - Zapytal patrzac na bialo wlosego. - O co tu chodzi? Kim wy jestescie? Dlaczego nic nie rozumiem?!
-Mysle ze lepiej bedzie jak zaprowadzimy cie do twojego brata. - Westchnal ciezko biorac chlopaka za reke. Pociagnal go w strone drzwi. Po chwili James stanal za Chrisem i zakryl chlopakowi oczy reka. Po kilku sekundach zdjal reke z jego oczu. Oczom nastolatka ukazaly sie wielkie czerwone drzwi.
-Co to za miejsce? - Spytal Christian wpatrujac sie w drzwi. - Czuje sie jakbym juz kiedys tu byl ale nie kojarze tego miejsca.
-Otworz. Jezeli chcesz poznac prawde o sobie to otworz te drzwi i idz caly czas korytarzem prosto. Jesli bedziesz mnie szukac to powinienem gdzies sie krecic.
Bialo wlosy chlopak zniknal w mgnieniu oka, jakby go tu wcale nie bylo. Chris posluchal polecenia i otworzyl tajemnicze drzwi. Zobaczyl ciemnosc. Wszedl do srodka i szedl caly czas przed siebie. Zobaczyl swiatlo w tunelu. Szedl w jego kierunku. Po chwili ujrzal sylwetke wysokiego mlodego mezczyzny ubranego w czarny garnitur*. Mial idealnie ulozone brazowe wlosy i przepieke brazowe oczy. Podszedl do Christiana. Przytulil go. Chlopak poczul niewiarygodne cieplo od mezczyzny. Nigdy go nie widzial ale czul jakby znali sie od wielu lat. Odwzajemnil uscisk.
-Tak bardzo tesknilem...- Mezczyzna dalej usmiechal sie cieplo. Odsunal sie od Chrisa spogladajac na niego tajemniczo. - Bardzo wyrosles. Nie poznaje cie.
-Przepraszam ale kim wlasciwie jestes? - Zapytal grzecznie nastolatek.
-Wiedzialem ze nie bedziesz mnie pamietac. - Westchnal. - Jestem Matthew. Nie wiem czy moge ci powiedziec to tak nagle ale czuje ze sytuacja tego wymaga. Jestem twoim bratem.
-Co prosze? Nie mam brata, jestem jedynakiem. Zreszta nic mnie juz nie zdziwi, jestem niewiadomo gdzie, poznaje dziwnych ludzi, do tego dowiaduje sie ze mam brata i ojca. Super.
-W takim razie powiem ci cala prawde. - Powiedzial Matthew patrzac na mlodszego brata. - Twoja matka zaszla w ciaze w wieku szesnastu lat z twoim, jak rowniez moim ojcem. Urodzila mnie rok pozniej i porzucila. Wychowalem sie wlasnie tu. Znajdujemy sie w piekle. Wszyscy maja tu skrzydla co moze zdazyles zauwazyc. Kiedy mialem piec lat urodziles sie ty. Ciebie matka nie porzucila i wychowala wmawiajac ze nasz ojciec uciekl. Tak naprawde nasz ojciec jest krolem tego miejsca. Bardzo rzadko go widuje, mozliwe ze ty go nigdy nie spotkasz. Ale on nigdzie nie uciekl, nasza matka go po prostu nie chciala. Czesto w ludzkiej postaci wloczylem sie po prawdziwym swiecie. Obserwowalem cie przez te wszystkie lata. Ciesze sie ze w koncu mozemy sie spotkac.
-Moj ojciec jest krolem piekla. - Rozesmial sie Chris z niedowierzeniem. - A moj brat...Zreszta niewazne. W takim razie dlaczego nie moge dalej mieszkac na ziemi? Matka z pewnoscia sie o mnie martwi.
-Przykro mi mlody...- Usmiechnal sie ze smutkiem w oczach Matthew. - Ona nigdy sie o ciebie nie martwila. Siedziala ciagle w pracy, miala cie po prostu gdzies. Ja interesuje tylko czubek wlasnego nosa. Zabralismy cie stamtad dla twojego dobra. Bylbys w klopotach gdybys zostal tam chociaz kilka miesiecy dluzej.
-Matka musiala nas jakos utrzymac, nie mialem jej za zle tego ze...- Nastolatek poczul lze splywajaca z jego policzka. - Co mogloby mi sie niby stac i co ja mam tu robic?
-Twojemu zyciu zagrazalo niebezpieczenstwo. - Odparl brat patrzac ze wspolczuciem na mlodego. - Moglbys umrzec. Teraz twoja matka i twoi przyjaciele mysla...Ze popelniles samobojstwo. Wszyscy ludzie mysla ze umarles. Zabiles sie. Nie ma juz cie. Jestes tylko tu. Tu jest twoje zycie, rozumiesz?
-Zwariowaliscie? - Rozesmial sie ponownie przerazony sytuacja Chris. - Ja i samobojstwo? Ludzie nie zabijaja sie bez powodu a ja takiego powodu nie mialem. I odpowiedz mi w koncu na pytanie co ja mam tu wlasciwie robic.
-A kto bedzie nad tym rozmyslal? - Wzruszyl ramionami. - Zabiles sie i tyle. To tylko ludzie, i tak wkrotce o tym zapomna. Katherine ci pomoze. Od teraz potrafisz latac. Rozchyl swoje rece i zacznij nimi machac a wtedy zobaczysz swoje skrzydla i uniesiesz sie w powietrze. Mozesz zwiedzic to miejsce z wysokosci.
Chlopak sprobowal. Mial wielkie, czarne skrzydla. Byly piekne. Zawsze myslal ze anioly powinny miec biale skrzydla i zyc w niebie. Coz, tutaj to sie roznilo. Uniosl sie w powietrze i zaczal latac.
-W takim razie ide...A raczej lece. Do zobaczenia. - Usmiechnal sie do nowego brata. Jeszcze nie oswoil sie z sytuacja i ze swoim rzekomym samobojstwem. Nie zdazyl nawet sie z nikim pozegnac. Do tego ten tok myslenia Matthewa...To co mowil o tym ze ludzie o nim zapomna. Chyba nigdy nie mial stycznosci z prawdziwymi ludzmi, nie wiedzial co mowi. Zobaczyl jak brat mu macha. Uniosl sie jeszcze wyzej i przechylil. Lecial podziwiajac przepiekne chmury i widok na dole. Zobaczyl inne latajace anioly. Po chwili wyladowal w jakims budynku. Zaczal sie rozgladac. Ujrzal starsza kobiete ubrana w fartuch sprzataczki. Kobieta rowniez na niego podejrzliwie spojrzala ale po chwili usmiechnela sie radosnie.
-Czyzby mlody Devide? - Spytala nie odrywajac spojrzenia od chlopaka. Ten zdziwil sie lekko. "Jaki do cholery jasnej Devide?" - Pomyslal nie kojarzac nawet tego nazwiska.
-Nie, jestem Chris...- Zaczal ale kobieta szybko mu przerwala.
-No tak, powinnam sie spodziewac ze Matthew nawet nie zdazyl ci wspomniec ze wasze prawdziwe nazwisko to Devide. Witaj, Christian. Jestem tutaj sluzaca. Nazywam sie Maria VanDroger. Dostalam zadanie aby oprowadzic cie po tym oto domu i zaprowadzic do pokoju.
-Rozumiem...- Powiedzial z usmiechem chlopak. Nowe zycie, w calkiem innym miejscu. Wszystko bylo tu dosc znajome ale przerazajace. Bal sie jednak jednoczesnie chcial zobaczyc wiecej, zostac tu na zawsze i poznac swoja prawdziwa rodzine. Sluzaca Maria wskazala reka na duzy korytarz.
-To jest glowny korytarz. - Odparla wesolo. - Tam dalej jest stolowka. Jezeli bedziesz glodny to smialo przyjdz a kucharze zrobia ci obiad.
Po kilku minutach doszli naprawde dlugimi schodami na sama gore. Sluzaca wskazala mu pokoj numer 224 i podala klucz do reki.
-To twoj pokoj, tu bedziesz mieszkal. - Wskazala drzwi. - Jezeli bedziesz mial jakis problem to mieszkam w pokoju numer 230. To blisko od twojego. James mieszka w pokoju 200 a Katherine w 150.
-Wlasciwie to co sie stalo z Jamesem? - Spytal z ciekawoscia w oczach. - Jak tu wyladowal? Wydaje mi sie bardzo zagubiony w sobie.
-Wrecz przeciwnie. - Westchnela ciezko Maria. - Jest bardzo inteligentny, uwielbia poezje ale mozna powiedziec ze czasem bywa chamski i zamkniety w sobie. Tak naprawde bardzo martwi sie o wszystkich ludzi ktorzy go otaczaja. Matka porzucila go w wieku dziesieciu lat, twoj ojciec z wielka checia przyjal go do tego domu i wychowal jak wlasnego syna.
-Aha...- Jeknal Christian zaskoczony lekko odpowiedzia. - W takim razie ja juz pojde do pokoju, jestem bardzo zmeczony. Milego popoludnia.
Chlopak grzecznie pozegnal sie ze sluzaca i otworzyl drzwi pokoju. Zobaczyl dosc duzy pokoj z wlasna lazienka. Sciany byly pomalowane na bialo. Na srodku pokoju stalo duze czarne lozko. Obok staly dwa fotele i stol. Na scianie wisial pokazny obraz na ktorym widnial upadly aniol. Nic wiecej sie tu nie znajdowalo. Pokoj wygladal jednak fantastycznie, byl skromny ale przepiekny. Chris szybko polozyl sie na lozku i w kilka sekund zasnal.














*Kiedy Christian sie budzi, Katherine nie jest juz w ludzkiej osobie tylko w swojej naturze. Wyglada mniej wiecej tak: KLIK James juz w tamtym czasie byl w swoim anielim ciele.

*Matthew, starszy brat Chrisa jest wzorowany z wygladu na postaci anime "VAMPIRE KNIGHT" Kuranie Kaname. Art z kuranem: KLIK Jesli ktos jest ciekawy czy w opowiadaniu wystapia wampiry to z gory moge wam powiedziec ze odpowiedz brzmi TAK, ale Matthew niestety nim nie bedzie. 
***I znowu pare slow ode mnie! Bardzo krotki rozdzial. Nie bylo jednak sensu ciagnac go dalej bo wszystko zostalo idealnie wyjasnione. Mam nadzieje ze wam sie podobalo i bedziecie czekac na kolejny rozdzial ktory nadejdzie juz niebawem! :) (Dla fanek Matthewa: W drugim rozdziale bedzie go wiecej :D)


                                              
       
                                                      
                             

WSTEP (?)

                                                      WSTEP (?)
-Ej, czekaj! - Krzyknela jakas dziewczyna. Christian zatrzymal sie i spojrzal na jej wychudzona sylwetke. Miala dlugie pofarbowane na czerwone wlosy. Byla ubrana w zniszczony bordowy sweter i porwane jeansy. Na nogach miala ciezkie, czarne glany*. "Buntowniczka." - Pomyslal. Dziewczyna podbiegla do niego szybko.
-Zapomniales telefonu. - Usmiechnela sie zdyszana podajac mu urzadzenie do reki. Miala cala twarz w jakiejs czarnej mazi . Wygladala niczym gornik ktory wlasnie wrocil z kopalni. Chlopak rozesmial sie glosno.
-Dziekuje. - Odpowiedzial opanowywujac smiech.
-Jestem Katherine, mozesz mowic do mnie Kath...- Powiedziala zmieszana smiechem Chrisa. - Nie wiem czy mnie kojarzysz, chodzimy razem do liceum.
-Nie przypominam sobie. - Usmiechnal sie chlopak. Stali chwile w milczeniu. - Tak wiec...Chcesz ode mnie cos jeszcze czy to wszystko?
-Trudno pamietac kogos takiego jak ja...- Jeknela cicho. - Mam dziwne wrazenie jakbysmy znali sie juz bardzo dlugi czas.
-Raczej nie, pamietalbym cie. - Powiedzial. - Co ci sie stalo w twarz?
Podal dziewczynie chusteczke. Katherine szybko otarla twarz lekko speszona swoim wygladem.
-To farba, lubie malowac. - Powiedziala wkladajac chusteczke do kieszeni. - Troche sie pobrudzilam i zapomnialam sie powycierac. Nie przejmuj sie tym.
-Widze ze jestes troche roztrzepana. - Rozesmial sie. - Gdzie teraz idziesz? Moze moglbym cie odprowadzic w podziekowaniu za to ze oddalas mi telefon?
-To zaden problem. - Odparla rowniez sie smiejac. - Ale jesli chcesz to zmierzam wlasnie do domu. Mieszkam kilka minut stad.
-W takim razie moge cie odprowadzic. - Odrzekl idac za dziewczyna. Na poczatku sprawiala mu wrazenie wrogo nastawionej do zycia buntowniczki ale okazala sie zyczliwa i artystycznie uzdolniona dziewczyna. "Coz, pozory myla." - Pomyslal zmierzajac za nia. - Nigdy cie jeszcze nie widzialem, ciekawe.
-Tak sie sklada ze ja juz od dawna chcialam z toba pogadac. - Oznajmila patrzac na niego. - Ale dopiero teraz byl jakis powod gdy zobaczylam ze zostawiles na lawce telefon.
-Naprawde? - Zdziwil sie. - Trzeba bylo po prostu podejsc.
Dziewczyna zamilkla. Po chwili doszli do starej, zniszczonej kamienicy. Na murach wszedzie widnialo kolorowe grafitti. Wszedzie lezaly smieci. Chris spojrzal w okol siebie z odraza w oczach. Nigdy nie bywal w takich miejscach.
-Jak widzisz wlasnie tutaj mieszkam...- Westchnela speszona. - Jezeli chcesz to chodz, pokaze ci moj pokoj.
-Dobrze. - Powiedzial probujac nie okazac odrazy do miejsca w ktorym sie znajdowal. Po chwili dziewczyna zlapala go za reke i zaprowadzila do duzych drewnianych drzwi ze starego drewna. Wyjela klucz z torby i zwinnie wlozyla klucz do zamka. Drzwi po chwili uchylily sie lekko. Razem weszli do srodka. Katherine pokierowala go do swojego pokoju. Chlopak zobaczyl maly, przytulny pokoik w ktorym na samym srodku stal kominek. Wszystko bylo tu widocznie stare. Nawet lozko. Jedna sciane zdobilo wielkie grafitti z jakimis dziwnymi napisami. Chris usadzil sie wygodnie na lozku. Kath usiadla na fotelu.
-Wiem ze komus takiemu jak ty to wszystko moze wydawac sie troche dziwne...- Jeknela niesmialo.
-Przestan. - Usmiechnal sie niemrawo. - Widze ze naprawde lubisz bazgrac po scianach. Niesamowity pokoj.
-Nie klam, przeciez widze ze ci sie tu nie podoba. - Stwierdzila patrzac mu w oczy. - Zreszta nie dziwie ci sie. Moglam cie tu nie zapraszac, dopiero sie poznalismy...Glupia sytuacja.
-Przepraszam. - Burknal zawstydzony. - Nie jestem przyzwyczajony do takich...Miejsc. Ciesze sie ze tu przyszedlem i cie poznalem. Jestes inna od wszystkich.
-Niestety jestem. - Ukryla twarz w rekach. Chlopak zobaczyl ze po jej policzku splywa lza. Podszedl do niej i otarl szybko lze po czym przytulil dziewczyne. Nie wiedzial co powiedziec aby nie sprawic jej przykrosci. Katherine szybkim ruchem odsunela go od siebie. - Nie musisz mnie pocieszac, nie chodzi mi o moja biede. Jest wiele biednych ludzi, oni nie sa inni.
-W takim razie o co ci chodzi? - Spytal zdziwiony. Zadna dziewczyna jeszcze go tak nie potraktowala. - To ze wygladasz troche...Inaczej od tych pustych wymalowanych dziewczyn nie znaczy ze jestes inna.
Kath spojrzala na niego piorunujacym wzrokiem. Wstala z fotela i westchnela ciezko. Nie chciala tego robic ale jezeli Chris domagal sie wyjasnien musiala. Machnela dwa razy rekami. Oczami chlopaka ukazaly sie prawdziwe, czarne skrzydla. "Co do cholery?" - Pomyslal.
-Nie gap sie tak. - Mruknela. - Teraz widzisz o co mi chodzi?
-Aniol? - Rozesmial sie glosno. - Czuje sie jak w psychiatryku.
W tym momencie zauwazyl usmiechnietego chlopaka wchodzacego do pokoju Katherine. Mial biale wlosy i czerwone oczy*. Nie wygladal jak czlowiek. Spojrzal na Chrisa z obrzydzeniem w oczach. Pokrecil glowa z niesmakiem.
-Czlowiek? - Westchnal.
-James? - Warknela Kath patrzac na chlopaka. - Moglbys byc troche milszy dla naszego goscia? To ze jest czlowiekiem nie zmienia sytuacji. Jest synem krola.
-Taki marny idiota? - Rozesmial sie glosno bialo wlosy "James". - Nie sadze, to pewnie jakas pomylka. Popatrz jak on wyglada. Nie jest jednym z nas.
Christian patrzyl na nich jak na wariatow z dziwnym wyrazem twarzy. Nie mial pojecia o czym oni rozmawiaja. Nigdy nie poznal swojego ojca, matka zapewniala go ze uciekl za granice gdy zaszla w ciaze. Nie probowal go poznac. Myslal ze jest kompletna swinia ktora bala sie odpowiedzialnosci za to co zrobila. A teraz okazuje sie ze jest jakims "krolem" a osoby ktore wlasnie poznal to anioly?
-O czym wy do jasnej cholery gadacie? - Krzyknal. - Jaki krol? Moze ktos wreszcie wyjasni mi o co tu chodzi?
Bialo wlosy chlopak podszedl do niego i popatrzyl mu gleboko w oczy.
-Faktycznie, to on. - Jeknal rozczarowany. - Jeszcze nie przeszedl przemiany. Musimy go stad zabrac i zawiadomic krola. Po tylu latach go znalezlismy, eh.
-Musialam mu ukrasc komorke i wmowic ze gdzies ja zostawic. - Rozesmiala sie Katherine. - Pewnie nawet nie wie kim sa anioly.
Po chwili Chris poczul ze traci rownowage. Zrobilo mu sie czarno przed oczami. Oparl sie o fotel. Poczul ze mdleje. James zlapal go zwinnie w pasie.
-Przechodzi przemiane! - Krzyknal glosno. - Podaj mi ta niebieska igle ktora ostatnio przynioslem, tak ta!
Wzial do reki dluga, niebieska igle. Chris poczul uklucie. Zemdlal.



*Katherine wyglada mniej wiecej tak jak osoba na zdjeciu: KLIK     Wyglada tak tylko w ludzkiej postaci i ma bardziej rozczochrane wlosy. 
*Art na ktorym wzorowalam postac twarz Jamesa KLIK Chodzi tu tylko o zarys twarzy, ksztalt oczu itp, biale wlosy i czerwone oczy dodalam od siebie aby wygladal bardziej jak "aniol"

***A teraz jak zawsze dodam cos od siebie. Pisalam ten wstep dosc dlugo i jestem zadowolona z rezultatow. Jest on bardzo krotki ale czulam ze nie ma tu nic wiecej co mozna dodac. Bardzo polubilam zadziorny charakter Jamesa o ktorym bedzie troche wiecej w 2 rozdziale. Mam nadzieje ze jestescie w chociaz najmniejszym stopniu zadowoleni z tego co napisalam i bedziecie czytac nastepne czesci w ktorych mam zamiar dodac troche wiecej postaci. +Co do nazwy, nie mam zadnego pomyslu jak moge to nazwac. Mam nadzieje ze wesprzecie mnie swoimi pomyslami, na razie bede podpisywac kazdy post z tym opowiadaniem znakiem "(?)" Do zobaczenia.

                                                                                                   TO BE CONTINUED


                                                                      

sobota, 25 października 2014

"NORGERIA" Wstep + Rozdzial I

                                    WSTEP
-Jess, poczekaj chwile! - Krzyczala glosem rozpaczy zdyszana Emily biegnac za przyjaciolka. - Czy my nie mozemy normalnie porozmawiac?
-Najwyrazniej po tym co zrobilas nie. - Westchnela spogladajac na nia przewodniczaca klasy. - Jezeli to wszystko to pozwol iz wroce do swojego pokoju.
Dziewczyna odwrocila sie na piecie wchodzac na trzecie pietro po schodach. Lekko zmeczona siegnela po klucz do kieszeni. Nie bylo go.
"Gdzie on do cholery moze byc?" - Pomyslala krecac glowa. Walnela noga w drzwi wiedzac ze i tak one nie ustopia. Ktos zlapal ja za ramiona. Odwrocila sie patrzac zdziwiona.
-Czyzbys znowu zgubila klucz? - Usmiechnal sie Brandon wreczajac jej przed chwila szukany klucz do reki. - Gdzie ty masz glowe.
-Nie twoja sprawa. - Warknela szybko otwierajac drzwi. - A teraz jesli pozwolisz to moglbys sobie stad laskawie pojsc?
-O co ci chodzi? - Spytal wchodzac do malutkiego pokoju. Dziewczyna podazyla za nim siadajac wygodnie na lozku. Chlopak oparl sie o sciane krzyzujac rece na piersi. - Nigdy nie bylas dla mnie taka niemila.
-Przepraszam. - Westchnela spogladajac na niego przepraszajaco. - Po prostu Emily mnie wkurzyla, znow sie za mna ugania i to troche uciazliwe.
-Czy ona nie potrafi zrozumiec ze to w jaki sposob z toba postapila bylo karygodne? - Syknal z nienawiscia w glosie. - Jak ona mogla cie wydac? Przez to prawie wydalili cie ze szkoly.
-Stalo sie. - Powiedziala bawiac sie jednoczesnie poduszka. - Nie cofniemy czasu ale ona musi zrozumiec swoje bledy. Mogla nie gadac dyrektorce o tym ze to ja to wszystko wymyslilam.
-Ona zawsze musi wiedziec wszystko najlepiej. - Odrzekl odgarniajac z twarzy kosmyk wlosow. - Ale nie przejmuj sie nia, pomyslmy lepiej o tej nowej. Jestes w koncu  wiceprzewodniczaca szkoly. Podobno siedziala w poprawczaku, nie? Jak to mozliwe ze przeniesli ja do takiej elitarnej szkoly jak nasza?
Mowiac "elitarnej" Jessica uslyszala kpine w jego glosie. Zasmiala sie glosno jakby uslyszala dobry zart.
-Jej rodzice sa bardzo bogaci. - Stwierdzila opanowywujac smiech. - Dobrze wiesz, ze dla takich dzieciakow nawet jesli popelnia najgorsza zbrodnie znajdzie sie miejsce w naszej szkole.
-Ciekawe za co siedziala...- Rozmyslal ignorujac slowa przyjaciolki. - Narkotyki, zabojstwo albo cos innego?
-Podobno kogos pobila. - Westchnela ciezko przypominajac sobie wydarzenia sprzed kilku lat kiedy to najpopularniejsze dziewczyny z klasy znecaly sie nad nia okladajac piesciami. - Kolezanke czy cos takiego. Nie wiem dokladnie, dlaczego ci na tym tak zalezy?
-Tak po prostu pytam. - Usmiechnal sie idac w strone drzwi. - Zazdrosna jestes czy co? Musze juz isc. Moze jutro wpadne.
Brandon pokiwal reka i wyszedl. To on zawsze bronil Jess przed wszystkimi rywalkami ktore zazdroscily jej dobrych ocen i powodzenia wsrod chlopakow. On byl jej jedynym przyjacielem, zawsze mogla na niego liczyc. A ona i tak czesto traktowala go z pogarda i chamstwem. On jednak nie reagowal na to tylko dalej sie o nia troszczyl. Traktowal ja jak dziecko.
-Musze pokazac mu ze nie musi sie mna opiekowac. - Jeknela cicho do siebie biorac do reki podrecznik z fizyki. Przekartkowala strony ziewajac glosno. Odlozyla go wyraznie znudzona lektura. Podeszla do okna. Zauwazyla jakiegos ucznia przechadzajacego sie po dziedzincu szkolnym. Michael. Dosc popularny chlopak, czesto miala z nim lekcje angielskiego. Byl znanym podrywaczem ktory zawsze musial wtracic sie do rozmowy. Nigdy nie rozmawiali. Nie zwracala na niego specjalnej uwagi ale teraz wydal jej sie samotny i zagubiony. Zauwazyla ze jest smutny. "Ciekawe co moglo sie stac takiemu popularnenu i beztroskiemu kolesiowi." - Pomyslala z usmiechem odchodzac od okna. Popatrzyla na zegarek. Dopiero szesnasta. Za chwile powinien byc podawany obiad w stolowce. Jeknela ciezko i podazyla do stolowki. Przed drzwiami staly juz jakies dziewczyny z innych klas. Przypatrzyla im sie uwaznie. Jedna, zdaje sie Rachel to farbowana blondynka. Jej rodzice to bankierzy, ma duzo kasy i duzo podobnych do niej przyjaciolek. Druga trzymala sie na uboczu ale przysluchiwala sie rozmowie, Jess nie znala jej. Reszty tez nie. To byly jakies nowe osoby z najmlodszych klas. Westchnela. Po chwili drzwi od stolowki otworzyly sie a uczniowie radosnie wbiegli do srodka. Dziewczyna zrobila to samo. Usiadla samotnie na koncu stolu czekajac az kucharze wniosa dania. Oparla sie reka o stol myslac o jutrzejszym dniu. Po chwili jakis nowy kucharz, zniewalajaco przystojny wloch podstawil jej talerz z kotletem i surowka pod nos. Podziekowala grzecznie i zaczela jesc. Zauwazyla ze do sali wszedl Michael, ten ktorego przed chwila widziala na dworze. Usiadl rowniez samotnie kilka miejsc od niej. Spojrzala na niego. "Dziwne, zawsze siedzial otoczony dziewczynami." - Pomyslala. Po kilku minutach skonczyla jesc obiad. Wyszla z sali kierujac sie do pokoju. Natknela sie na korytarzu na dyrektorke, jej ciotke Marize.
-Dobrze ze cie spotykam dziecko! - Usciskala ja serdecznie Mariza. - Mam sprawe, pozwol ze zajme ci troche czasu...
-Cos sie stalo, ciociu? - Spytala spogladajac na kobiete Jessica.
-Nie, po prostu ta nowa uczennica o ktorej ci opowiadalam...- Zaczela Markiza. - Jutro rano bedzie na miejscu, jako wideprzewodniczaca naszej szkoly mam nadzieje ze powitasz ja i pokazesz co powinna zrobic. Bedzie w pokoju 56 na pierwszym pietrze. Pomozesz sie jej rozpakowywac? Jest troche hm... Problematyczna i niemila ale mysle ze sie dogadacie. Przyjdz do niej o dwunastej.
-Dobrze, a gdzie wlasciwie podziewa sie Christian? - Spytala dziewczyna patrzac na ciotke. Christian jest przewodniczacym szkoly, osoba prawie tak wazna jak dyrektorka. Jest wysoki, zawsze ma idealnie ulozone wlosy i przepiekne oczy. Zachowuje sie bardzo powaznie, jakby mial niemal trzydziesci lat. Wiele dziewczyn zakochuje sie w nim, on jednak nic sobie z tego nie robi. Czasem bywa wredny ale Jess lubila go chociaz rzadko rozmawiali. - Ostatnio go nie widuje.
-Zdaje sie ze pracuje nad jakims projektem i moze nie bedziesz go jeszcze widywac przez kilka dni, siedzi ciagle w bibliotece. Jesli bedziesz chciala go spotkac to smialo idz tam.
-Dobrze, dziekuje. - Usmiechnela sie grzecznie kierujac sie do swojego pokoju. Znow jakis projekt, eh. Ten czlowiek byl wrecz pracoholikiem. Ciagle musial sie czyms zajmowac. Po chwili doszla do swojego pokoju. Spojrzala na zegarek. Osiemnasta. "Jak ten czas szybko leci..." - Westchnela kladac sie na lozku. Nawet nie zauwazyla gdy zasnela.

                                                ROZDZIAL PIERWSZY

Obudzila sie punktualnie o dziewiatej. Jessica byla taka zmeczona ze ledwo potrafila naciskajac na przycisk wylaczajacy budzik. Wstala przeciagajac sie sennie i poczula sie jakby zaraz miala zemdlec. Polozyla sie na lozku przykladajac reke do czola. "Super, chyba goraczka" - Westchnela w myslach. Wstala szybko z lozka wyciagajac z szafy mundurek. Wlozyla go szybko i przeczesala kilkoma ruchami szczotki wlosy. Umyla w lazience zeby i zrobila delikatny makijaz. Czula sie jakby zaraz miala umrzec ale nie mogla dzisiaj sobie odpuscic, w koncu byla wiceprzewodniczaca i musiala dbac o uczniow a ta cala nowa dziewczyna widocznie potrzebowala pomocy. Zeszla szybko na sniadanie wiedzac ze juz ma spoznienie. W stolowce nikogo nie bylo. Wziela do reki kanapke i butelke wody lezaca na stole nakrytym bialym obrusem i pospiesznie pobiegla z powrotem do pokoju jedzac jednoczesnie sniadanie. Zauwazyla stojacego na korytarzu Brandona.
-Jak ty wygladasz...- Jeknal na powitanie. Przylozyl jej swoja ciepla duza reke do goracego czola. - Wracaj mi w tej chwili do pokoju, jestes calkowicie rozpalona!
-Co z tego. - Burknela czujac sie jak male dziecko potrzebujace ciaglej pomocy. - Nie musisz mi mowic co mam robic.
-Nie badz taka opryskliwa. - Usmiechnal sie delikatnie. - Masz isc do pokoju i odpoczywac, nie moge ci teraz pomoc bo spiesze sie do dyrekcji...
-Poradze sobe bez ciebie. - Westchnela patrzac na niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Co mu sie nagle stalo? Zawsze jej pomagal, niezaleznie od tego co mial w planach a teraz? Moze wyczul o co chodzi przyjaciolce. Dziewczyna przeszla obok niego i pobiegla szybko do pokoju, nie miala ochoty kontynuowac tej bezsensownej rozmowy. Otworzyla powoli drzwi cieszac sie ze ma przy sobie klucz. Wchodzac do pokoju zauwazyla kompletny balagan. "Posprzatam to pozniej" - Pomyslala. Odkladanie wszystkiego na pozniej, to zdecydowanie byla jej najgorsza cecha. Weszla pospiesznym krokiem do lazienki biorac recznik do reki. Namoczyla go zimna woda i przylozyla sobie go do glowy myslac ze to co kolwiek pomoze. Po chwili odlozyla go i usiadla zrezygnowana na fotelu. Spojrzala na zegarek. Dziesiata, jeszcze dwie godziny do przyjazdu tej nowej dziewczyny. Wziela szczotke do reki i przeczesala jeszcze raz wlosy. Wygladala teraz jak upior, cala czerwona z goraczki z rozchochranymi wlosami stala nie wiedzac co moze zrobic aby wygladac chociaz troche lepiej. Spojrzala na szczotke przypominajac sobie skad ja ma. Ciotka podarowala jej ja kiedy proponowala aby przeniosla sie do jej szkoly, "Akademii Norgerii". Szkola miescila sie obok duzego miasta. Byla bardzo obszerna, urzadzona w nowoczesnym stylu. Wszystko wygladalo tu zjawiskowo i jednoczesnie inaczej niz w normalnym swiecie. Wszyscy uczniowie mieli pozwolenie na odwiedzanie swojego domu raz w roku i wychodzenie ze szkoly raz na trzy miesiace. Panowaly tutaj srogie zasady, za zlamanie pieciu zasad w pieciu miesiecy grozilo wydalenie ze szkoly. Jessica lubila to miejsce. Zaraz po przyjezdzie przydzielili jej duzy pokoj z balkonem i wlasna lazienka. Pokoj byl urzadzony dosc dziwnie. Na scianie wisial duzy obraz przedstawiajacy ksiezyc i morze. Na srodku pokoju bylo wielkie lozko a na nim dziesiec niebieskich poduszek. Na rogu pokoju stalo biale lozko na ktorym postawiony byl laptop zafundowany przez szkole. Nad biurkiem znajdowal sie regal a na nim wiele przeroznych ksiazek, glownie o psychologii. W pokoju znajdowal sie jeszcze duzy granatowy fotel na ktorym lezala rowniez niebieska poduszka. Sciany byly pokryte biala farba. Pokoj byl skromny ale naprawde bajeczny. Jess czula sie tu jak w jakiejs innej rzeczywistosci. Uczniowie od poniedzialku do czwartku musieli przychodzic rano do stolowki na sniadanie i odbywac lekcje od 9:00 do 15:00 za to w zamian za krotkie lekcje mieli duzo zadan domowych i wiele lektur do przeczytania. Po lekcjach odbywal sie obiad a od 16:00 do 22:00 uczniowie przychodzili na obiad, pozniej moza bylo przyjsc w nocy po kolacje. W piatek byl czas wolny, wszyscy mogli robic co chca oprocz przewodniczacych ktorzy mieli wiele zajec do zrobienia, naprzyklad oprowadzanie nowych uczniow po szkole lub uporanie sie z papierkowa robota. W sobote odbywaly sie zajecia sportowe od 7:00 do 10:00 aczkolwiek nie byly one obowiazkowe. A niedziela to dzien w ktorym dyrektorka Markiza gromadzila wszystkich uczniow szkoly w Auli i rozmawiala o zasadach szkolnych, karach oraz wycieczkach. Szkola byla niesamowita, niezwykle dziwny tok nauczania byl bardzo pochlaniajacy. Uczniowie mieli do dyspozycji biblioteke w ktorej znajdowalo sie wiele dziwnych ksiazek i podrecznikow do nauki oraz swietlice w ktorej stal wielki kominek, wiele krzesel, stol do bilardu, sciana do grafitti na ktorej ludzie uczeszczajacy do tej akademii mogli pisac co zywnie chcieli i pokazywac swoja osobowosc. Poza tym byl tam kat do nauki i jeszcze kilka rzeczy do zabawy. Na polowie pierwszego pietra, drugim pietrze i trzecim znajdowaly sie pokoje. Na pierwszym te nalezace do najmlodszych uczniow, na drugim te nalezace do troche starszych i tych najstarszych a trzecie pietro nalezalo wylacznie do dyspozycji dyrkekcji, nauczycieli oraz samorzadu szkolnego w ktory sklad wchodzila rowniez Jessica. W tym miejscu panowal niezwykly klimat. Wszystko bylo magiczne. Oderwane od rzeczywistosci, uczniowie czuli sie jak w bajce. Niestety przewodniczacy nie mieli juz takiego kolorowego zycia i musieli ciagle zyc jednoczesnie uczac sie i zastanawiac sie co zrobic w danej sytuacji jakiegos ucznia. Eh. Jess swietnie sobie z tym radzila bedac wrecz geniuszem nauki. Z kazdego przedmiotu miala szostki lub piatki. Byla niesamowita. Wszystkie inne uczennice niesamowicie zazdroscily jej tego talentu i posady wiceprzewodniczacej wyzywajac ja i wysmiechujac, czasami niektore chcialy na nia napasc ale Markiza, ciotka dziewczyny lub Brandon zawsze tego pilnowali wiec rzadko dochodzilo do takich sytuacji. Jess skonczyla rozczesywac wlosy i nalozyla na usta jeszcze jedna warstwe blyszczyku. Posmarowala rzesy podwojna warstwa tuszu do rzes. Dalej byla cala czerwona. Zakrecilo jej sie w glowie. Polozyla sie szybko na lozku probujac nie stracic rownowagi. Uslyszala ze ktos wchodzi do pokoju. Zobaczyla jak zawsze nieziemsko wygladajacego Christiana. Chlopak wszedl bezszelestnie do pokoju i spojrzal na Jessice lezaca niewinnie na lozku.
-Matko boska, co ci jest? - Spytal z troska w glosie podchodzac do dziewczyny. Polozyl jej reke na czole. Jess poczula jak sie jeszcze bardziej rumieni. - Zdaje sie ze mialas zajac sie ta nowa uczennica, prawda? W takim stanie definitywnie nie mozesz. Zostajesz tu, przespij sie a ja wroce jak sie z nia uporam.
-Naprawde dziekuje. - Usmiechnela sie patrzac na Chrisa. Chlopak odwzajemnil usmiech i wyszedl pospiesznie z pokoju. Mimo tego, ze rzadko rozmawiali zawsze sie o nia troszczyl jak straszy brat mimo wlasnych klopotow. Byl naprawde niesamowity. Martwil sie o wszystkich a sam musial ciezko pracowac jako przewodniczacy akademii. Dziewczyna przykryla sie koldra i szybko zasnela dalej czujac reke chlopaka na swoim czole. Usmiechnela sie do siebie we snie.


                                                             ***
Jessica obudzila sie kilka godzin pozniej widzac siedzacego na fotelu Christiana czytajacego jakas ksiazke na temat sztuki. Widzac ze juz sie obudzila spojrzal na nia zatroskany.
-Witaj. - Powiedzial siadajac obok niej na lozku. - Spalas tylko cztery godziny, zastapilem cie u tej dziewczyny a pozniej czuwalem przy tobie.
Dziewczyna znowu poczula ze sie rumieni.
-Dziekuje ale nie powinienes robic sobie klopotu...- Usmiechnela sie wiedzac ze chlopak ma wiele innych problemow niz zajmowanie sie nia w chorobie.
-Naprawde nie ma za co. - Usmiechnal sie podajac jej ciepla herbate. Jess usiadla na lozku biorac kubek do rak. Upila lyk spogladajac na niego. "Ciekawe czy nie martwi sie ze moglby sie ode mnie zarazic." - Pomyslala odkladajac po chwili kubek na biurko. Spojrzala na ksiazke ktora przed chwila czytal. "Samotnosc i smutek." Kiedys ja czytala. Calkiem ciekawa ksiazka, dotyczyla tego jak ukazac na obrazku emocje osoby ktora malujemy. Dziewczyna niezbyt interesowala sie sztuka ale musiala przyznac ze ksiazka calkowicie ja pochlonela. Chris przylozyl jej ponownie reke do czola usmiechajac sie.
-Temperatura oslabla, do niedzieli powinnas wyzdrowiec. - Westchnal ciezko. - Tylko obiecaj mi, ze do tego czasu w zadnym razie nie bedziesz wychodzic z pokoju.
-Dobrze, prosze pana. - Usmiechnela sie zartujac. Christian odwzajemnil usmiech i wstal z miejsca. W tej chwili zobaczyla jak Brandon z impetem wchodzi do pokoju.
-Ups, przepraszam. - Syknal. Jessica wiedziala ze chlopak nienawidzi Christiana. Nie wiedziala jednak do konca dlaczego. - Przykro mi ze wam przeszkodzilem.
-Spokojnie, juz wychodzilem. - Powiedzial lagodnie przewodniczacy kierujac sie do drzwi. - Czesc Jessi, przyjde do ciebie w niedziele.
Kiedy chlopak wyszedl, Brandon dalej wydawal sie strasznie wkurzony. Popatrzyl na dziewczyne a ona unikajac jego spojrzenia popatrzyla na niebieska sciane. O co mu chodzilo? Teraz to on zachowywal sie jak dziecko, byl zazdrosny czy jak? Nie bylo nawet o co.
-Czego chcesz? - Warknela Jess spogladajac w koncu na niego. - Jezeli chciales upewnic sie czy dobrze sie czuje to nie potrzebuje twojej troski.
-Dlaczego jestes taka wredna? - Spytal siadajac na tym samym fotelu na ktorym siedzial wczesniej Chris. - Zapomnialas ze jestem twoim przyjacielem?
-Przyjacielem? - Westchnela krzyzujac rece na piersi. - Nie jestes moim przyjacielem, czuje sie bardziej jak bym byla twoim dzieckiem.
Chlopaka wyraznie ukuly te slowa. Bladzil przez chwile po pokoju nie wiedzac co ma powiedziec. Po chwili wstal i podszedl do dziewczyny patrzac jej w oczy.
-Czyli zapomnialas kto ratowal cie tyle razy przed tymi idiotkami? - Spytal najwyrazniej zdenerwowany dalej patrzac w jej oczy. - Zapomnialas o tym jak mi przyrzekalas ze na pewno bedziemy zawsze przyjaciolmi?
Dziewczyna umilkla odpychajac go od siebie. Nie wiedziala co w tej chwili powiedziec. Zrobilo jej sie zal brandona i wstyd swojego zachowania. Co ona robi? Po co prowokuje swojego przyjaciela ktory zawsze stal po jej stronie? Po co to cale przedstawienie? Jess wstala i zaczela rozgladac sie po pokoju. Nie wiedziala co zrobic.
-Przepraszam. - Jeknela cicho.
-Nie masz za co. - Stwierdzil usmiechajac sie do niej. Zawsze przebaczal klamiac ze nie ma za co. A bylo. - Jak tam Emily?
-Nie wiem, na razie z nia nie rozmawialam. - Westchnela myslac o bylej przyjaciolce z ktora spedzila prawie caly pobyt w akademii. Dlaczego ona musiala to wszystko zepsuc? Teraz po tej przyjazni zostaly tylko puste wspomnienia.
-Kiedys musisz z nia pogadac i wyjasnic cala sytuacje. - Uznal chlopak spogladajac na Jessice. - Ale rob co chcesz, zawsze ci pomoge.
-Dobrze, ale spac mi sie chce...- Ziewnela kladac sie na lozku. Przykryla sie koldra przecierajac oczy.
-W takim razie do branoc, pamietaj ze zawsze bede twoim przyjacielem i nigdy nie mow ponownie takich klamstw. - Usmiechnal sie wychodzac z pokoju.
Zasnela.

czwartek, 23 października 2014

ROZDZIAL PIERWSZY - STORY OF MY LIFE

                      
                                       ROZDZIAL PIERWSZY

Wakacje powoli sie zblizaly. Jeszcze tylko trzy miesiace i w koncu troche wolnego. Teraz i tak musialem ciagle zakuwac aby zdac ostatnie egzaminy wiec nie mialem zbyt duzo czasu wolnego. Sobota. Wstalem o dziesiatej rano i wzialem telefon do reki. Trzy nowe wiadomosci. Pozniej je odczytam. Odlozylem urzadzenie i wstalem z lozka. Poszedlem sie przebrac a pozniej zszedlem na sniadanie. Zobaczylem mame i babcie, rozmawialy o Vanessie. Czyli teraz ona bedzie tematem numer jeden w naszym domu. Uslyszalem tylko skrawek rozmowy bo po chwili zauwazyly ze wchodze do kuchni.
-Czesc wnusiu! - Przywitala sie babcia spogladajac na mnie z cieplym usmiechu. - Zrobic ci cos na sniadanie?
-Czesc kochanie. - Odparla matka opierajac sie reka o stol.
-Czesc, zrobisz mi kanapki z dzemem babciu? - Spytalem patrzac na nia. Kobieta pokiwala glowa i zaczela robic moje sniadanie. Usiadlem obok mojej rodzicielki wzdychajac. Kolejny dzien nauki. Zreszta wczoraj umowilem sie ze przyjde do Olivera aby pomoc mu w matmie.
-Nie mialbys nic przeciwko gdyby Vanessa* dzisiaj do nas przyszla wraz ze swoja babcia, Matt? - Spytala mama. Czyli teraz ma do mnie caly czas przychodzic i stac sie czescia mojego zycia bez mojej zgody? Mialem przeciez inne plany.
-Przepraszam, ide sie pouczyc do Olivera. - Powiedzialem a babcia podala mi kanapki. Jedzac je zauwazylem jak babcia i matka wymieniaja porozumiewawcze spojrzenia. Wiedzialem ze zaraz pewnie wymysla jakis rownie rewelacyjny pomysl na ktory w zadnym stopniu sie nie zgadzam.
-W takim razie moze zabierzesz ja ze soba? - Mialem racje, czyli wszystkie plany na dzis popsute. Zakladam ze Oliver sie na mnie wkurzy gdy wezme ja ze soba, eh.
-Ale my bedziemy sie uczyc. - Probowalem cos zrobic. - Zreszta co ona ma tam robic? Bedzie sie nudzic.
-To przy okazji mozecie pouczyc ja, ma duze zaleglosci wiec przyda sie to jej. Moglbys sprobowac ja troche zrozumiec, wiesz?
Jeknalem ciezko. Czyli po prostu musze ja zabrac i nie mam wyjscia. Kiedy ona sobie cos wymysli to po prostu musze to zrobic.
-W takim razie Vanessa przyjdzie dzisiaj za godzine i pojdziecie, dobrze? - Powiedziala zadowolona matka. Pokiwalem glowa i skonczylem jesc kanapki. Wyszedlem do pokoju. Wzialem komorke do reki i zaczalem wystukiwac smsa do przyjaciela. "Musze przyjsc z Vanessa, matka mnie zmusila. Nie zlosc sie." Odetchnalem i polozylem sie na lozku chwytajac ksiazke do biologii. Przeczytalem kilka zdan i znudzony westchnalem odkladajac ja na miejsce. Wstalem z lozka i spakowalem do plecaka pare ksiazek i zeszytow. Dostalem po dwudziestu minutach odpowiedz od Olivera. "Jezeli musi to nic nie poradzimy." Nie wkurzyl sie. Wlasciwie chyba nigdy nie widzialem go zdenerwowanego, zawsze mial usmiech na twarzy i idealnie ulozona grzywke. Z wygladu byl idealem, z charakteru rowniez. Wiele dziewczyn za nim chodzilo ale on nigdy nie zamierzal sie z zadna z nich wiazac mowiac iz nie interesuja go idiotki ktore zakochuja sie w nim patrzac tylko na wyglad. Podziwialem go. Z wygladu bylem dosc podobny chociaz on byl blondynem a ja mialem czarne jak wegiel wlosy i troche wieksze niebieskie oczy. Z charakteru bylismy o wiele inni. Ludzie czesto dziwili sie ze takie przeciwienstwa jak my sie przyjaznia. Hm. Z tych zamyslen wyrwal mnie dzwonek do drzwi. Uslyszalem iz matka otwiera je i zaprasza do srodka ta cala Vanesse. Westchnalem. Dziewczyna po kilku sekundach pojawila sie w moim pokoju. Tym razem miala rozpuszczone wlosy i krotka biala sukienke. Popatrzylem na nia obojetnie.
-Chyba nie cieszysz sie ze przyszlam. - Steknela siadajac na fotelu. - Jezeli ci przeszkadzam to moge isc...
Szczerze? Chetnie bym ja teraz wyprosil ale wolalem nie ryzykowac klotnia z matka o to ze nie powinienem tak traktowac gosci i biednej dziewczyny. Biednej? Nie wyglada na biedna, wrecz tryskala optymizmem. Usmiechnalem sie nic nie mowiac. Zerknalem na zegarek. Zostalo jeszcze dwadziescia minut do wyjscia wiec musialem zaczac jakas rozmowe.
-Nie, po prostu troche sie zdenerwowalem. - Sklamalem wzdychajac. - Zostalo jeszcze troche czasu do wyjscia, bedziesz sie uczyc z nami?
-Nie, nie przepadam za nauka. - Westchnela bawiac sie fredzlami sukienki. - Siedzialam dlugo w szpitalu, mam bardzo duze zaleglosci i nie chce mi sie ich nadrabiac.
-Rozumiem. - Westchnalem spogladajac na nia. Ciekawe na co chorowala. Wlasciwie wcale jej nie rozumialem. Mogla sie uczyc w szpitalu, poza tym przeciez musi zaczac nadrabiac material bo inaczej nie zda do drugiej klasy liceum. - Jezeli bedziesz chciala moge ci pomoc.
-Od kiedy zrobiles sie taki mily? - Rozesmiala sie. Po prostu taki mam charakter a po drugie ja jej tu nie zapraszalem. Nie lubie byc mily na pokaz tak jak Oliver. - Wydajesz sie zamkniety w sobie, wiesz?
-Mozliwe, co z tego? - Burknalem podenerwowany. Moze kiedys bylem zamkniety w sobie, dawno juz taki nie jestem. Po prostu bywam czasami szczery a wiele ludzi myli to slowo z "chamski". Nie lubie sie tez odzywac kiedy nie ma takiej potrzeby ale to nie znaczy ze jestem zamkniety. Nienawidze osob ktore oceniaja mnie ledwo mnie znajac, to takie zenujace i puste. Wyrwany z zamylen popatrzylem na zegarek. Powinnismy juz isc. Zarzucilem plecak na ramie i wyszedlem z pokoju bez slowa. Vanessa pobiegla za mna kryczac cos. Wyszedlem z domu kierujac sie w strone osiedla przyjaciela. Dziewczyna szla za mna obrazona. Za co sie obrazila? Nic nie zrobilem. Po dziesieciu minutach bylismy na miejscu. Weszlismy na klatke schodowa kierujac sie schodami na piate pietro. Zawsze zastanawialem sie dlaczego on musi mieszkac tak wysoko. Jeknalem zdyszany kiedy w koncu dotarlismy na miejsce. Zapukalem dwa razy do drzwi. Kiedy nikt nie otworzyl zrobilem to jeszcze raz, bylem przyzwyczajony ze nigdy nie slyszal pukania. Mieszkal z ojcem, matki nigdy nie poznal. Kiedys bardzo to przezywal, prawie wpadl w depresje ale pomoglem mu i wydostal sie z tego. Po chwili otworzyl blady jak sciana. Wygladal inaczej niz zawsze. Byl ubrany w niewyprasowana koszule i stare spodnie, nawet jego wlosy byly w nieladzie. Nigdy jeszcze nie widzialem przyjaciela w takim stanie, nawet kiedy mial dola.
-Jezus swiety, co ci sie stalo?! - Spytalem zmartwiony wpychajac sie do mieszkania. Vanessa podazyla za mna. Wszedlem z nia do jego pokoju i usiadlem na lozku. Oliver usiadl obok mnie. Zauwazylem wszedzie porozrzucane ksiazki z roznych przedmiotow. Jego pokoj wygladal jakby przed chwila byla tu droga wojna swiatowa, tylko zamiast nabojami strzelali ksiazkami. Co on tu do cholery w nocy robil?
-Wybaczcie mi ten nieporzadek...-Jeknal przecierajac oczy. - Nie martw sie, uczylem sie cala noc i to wszystko. Chyba mam goraczke.
Przylozylem reke do jego czola. Faktycznie byl bardzo rozpalony. Westchnalem spogladajac na niego ze wspolczuciem.
-Gdzie masz termometr? - Spytalem ze zdenerwowaniem. Jak on mogl byc tak nieodpowiedzialny i uczyc sie przez cala noc? Do tego pewnie mial otwarte okno dlatego sie przeziebil. Mialem wrazenie ze czasami zachowuje sie jak kompletne dziecko.
-Zdaje sie ze jest w lazience, na tej szafce obok umywalki...- Powiedzial ze zmeczeniem w oczach. Pokrecilem glowa smiejac sie. Wyglada na to ze zamiast sie uczyc bede musial sie nim teraz zajmowac, coz.
-Kladz sie, w tej chwili i odpoczywaj mi tu a ja przyniose ci jakies leki i zrobie herbate, dobrze? Tylko nie ruszaj sie.
Oliver poslusznie polozyl sie a ja nakrylem go kocem i poszedlem do lazienki szukac termometru oraz lekow. Po chwili znalazlem to czego szukalem. Wzialem rzeczy do reki i zanioslem do pokoju przyjaciela. Polozylem obok niego termometr i tabletki.
-Zmierz sobie temperature. - Usmiechnalem sie aby go troche pocieszyc. - Zaraz przyniose herbate bo zdaje sie ze te tabletki trzeba rozpuscic...
-Dziekuje ze mi pomagasz. - Odwzajemnil usmiech. - W ogole dziekuje ze przyszedles.
-Przestan, idioto. - Rozesmialem sie cieplo. - Mialem cie tu w takim stanie zostawic? Jestes tak nieodpowiedzialny ze az zal mi na ciebie patrzec.
-Bez idiotow mi tu. - Rowniez sie rozesmial. - Wcale nie jestem nieodpowiedzialny tylko chcialem troche poprawic oceny, wiesz ze jeszcze troche i nie zdam.
-Nie przesadzaj, nie jest az tak zle. - Powiedzialem. - Od czego masz mnie? Wiesz ze zawsze ci pomoge.
-Musze sie w koncu usamodzielnic i zrobic cos samemu a nie ciagle polegac tylko na tobie...
-Zwariowales? Jeszcze raz bedziesz sie uczyc po nocach to pozalujesz, albo masz sie uczyc ze mna albo za dnia, rozumiesz? Nie chce zebys mi tu ciagle chorowal przed wakacjami.
-No dobrze, prosze pana. A teraz idz w koncu robic ta herbate, wiesz gdzie sa szklanki nie?
-Wiem, wiem. Juz ide a ty mi sie nigdzie nie ruszaj i zmierz temperature, mam nadzieje ze nie bedzie wysoka.

                                                          ***
Polozylem herbate na polce patrzac jednoczesnie na termometr. 37 °C. Nie jest az tak zle, powinien wyzdrowiec za gora dwa dni ale w tym czasie bron boze nie powinien wychodzic z domu. Westchnalem. Przypomnialem sobie nagle o Vanessie ktora jakby nigdy nic siedziala w dalszym ciagu na fotelu piszac cos na telefonie. I dobrze, niech sie zajmie soba a ja moze chociaz zdaze podac mu leki. Dziwna dziewczyna, widac ze ma lekkie podejscie do swiata i wszystko olewa. Nienawidze takich osob. Najpierw olewaja nauke, pozniej prace...A pozniej laduja na ulicy. Z nia na pewno bedzie tak samo ale coz, niech robi co chce. Nie bede jej pomagac i sie nad nia uzalac jaka to ona biedna, niech sobie radzi sama. Usiadlem na lozku obok przyjaciela.
-Mozesz juz isc, poradze sobie...- Powiedzial proszaco. Ja i tak nie mialem zamiaru nigdzie sie ruszac, jeszcze znowu zacznie sie uczyc i bedzie jeszcze bardziej chory. Nie moglem go tak teraz zostawic. Mialem wrazenie ze w ten sposob w jakims sensie odwdziecze mu sie za kiedys.
-Lez i sie nie odzywaj. - Warknalem gniewnie czujac ze on wcale nie widzi iz potrzebuje mojej pomocy. - Musisz wyzdrowiec.
-Wiem ze musze ale nie jestem juz prawie dorosly...- Jeknal poprawiajac sobie poduszke. - Mozesz isc, chce mi sie spac a nie chce zostawic gosci a samemu sobie smacznie drzemac. Sluchaj, naprawde nie chce zebys sie ode mnie zarazil.
-Na pewno? - Nienawidzilem jak mnie blagal bo zawsze ulegalem. Po prostu balem sie ze go strace i na wszystko mu pozwalalem, czulem ze kiedys sie to zle skonczy ale KIEDYS nie znaczy teraz. "To ostatni raz" powtarzalem sobie w duchu.
-Na pewno, nie martw sie. - Usmiechnal sie. - Przyjdz jutro. Obiecuje ze wezme leki i bede bacznie meldowal ci przez telefon jak sie czuje. Lec juz, wiem ze nie chce ci sie juz tu siedziec.
-No dobrze, jak wolisz. - Westchnalem troche obrazony i spojrzalem na Vanesse wstajac z lozka. Pokiwalem mu reka i wyszedlem wraz z dziewczyna z mieszkania. Mialem wielka nadzieje ze w koncu sie odczepi bo byla dla mnie naprawde uciazliwa, nie potrafilem kogos ignorowac. Po kilku minutach zeszlismy na dol po schodach i wyszlismy z bloku. Caly czas ja obserwowalem. Machala wdziecznie wlosami patrzac sie przed siebie.
-Nie zgubisz sie tu? - Spytalem. Musialem w koncu cos zrobic aby sobie poszla. - Wracaj do domu, jak nie trafisz pieszo to masz gdzies przystanek autobusowy. Ja ide jeszcze cos zrobic.
-Nie umiesz po prostu powiedziec zebym sie odwalila? - Odpowiedziala pytaniem na pytanie chamsko. Widac ze byla szczera. Zrobilem sie czerwony czujac sie zdemaskowany.
-Przepraszam, nie mam czasu. - Westchnalem naprawde myslac o tym ze gdybym tak zrobil ryzykowalbym wielka klotnia od matki na temat tego jak traktuje biedna dziewczyne ktora przezyla tragedie.
-Dobra, rob co chcesz. - Burknela i przewracajac wlosami poszla w calkiem inna strone niz powinna. Czy ona naprawde jest tak tepa? Zaczalem za nia krzyczec ale mnie ignorowala. No tak, obrazila sie. Gdyby nie rozkaz matki nic bym nie zrobil i poszedl dalej ale coz, musialem wskazac jej droge bo inaczej moglaby sie zgubic a wtedy bylaby jeszcze gorsza klotnia.
-Idz w lewo. - Krzyknalem, Vanessa posluchala mnie w koncu i pokierowala sie w strone parku. Odetchnalem z ulga. Chcialem wstapic jeszcze na chwile do sklepu kupic cos do picia. Ten dzien byl strasznie upalny jak to zreszta bywa przed wakacjami. Maly warzywniak znajdowal sie wlasciwie niedaleko, kilka minut drogi wiec nie musialem jechac autobusem. Poszedlem przed siebie nucac rytmiczna piosenke ktora ostatnio uslyszalem w radiu. Mhm, ciekawe jak sie czuje Oliver...

                                                                 ***

Doszedlem juz do sklepu. Zauwazylem zgrabna dziewczyne stojaca zaraz przede mna. Skojarzylem ja skads. Wydawalo mi sie ze chodzimy razem do szkoly. Faktycznie, kiedys jechalem z nia nawet autobusem ale nigdy nie zamienilismy slowa. Byla bardzo ladna. Miala dlugie czarne wlosy i mocny makijaz. Slyszalem plotki ze miala bardzo duze kompleksy i chciala ukryc swoja urode pod tapeta. Usmiechnela sie do mnie cieplo.
-Hm, spotykamy sie w takim miejscu? - Powiedziala spogladajac na mnie. - Ty jestes David? Slyszalam o tobie bardzo duzo. Podobno jestes wybitnie inteligentny. Jessica, milo mi.
-Czesc, tak to ja. - Jeknalem. Wybitnie inteligentny? Watpie, po prostu dobrze sie ucze i wygrywam wiele konkursow. Tak naprawde jestem jedynie normalnym nastolatkiem ktory ma wiele wad i tylko jednego przyjaciela. Czyzbym dalej byl samotnikiem?
-Nie zgadzasz sie z ta opinia, co? - Czulem sie jakby czytala mi w myslach. - Jesli zmierzasz do sklepu, jest juz zamkniete. Mieszkam niedaleko, moze przyjdziesz na herbate?
-Nie wiem czy moge, dopiero sie poznalismy...- Probowalem byc uprzejmy i usmiechnalem sie krzywo.
-Jak nie chcesz, to nie. - Westchnela rozpaczonym glosem.
-Cos sie stalo? - Spytalem zdziwiony ze tak nagle calkowicie sie zmienila. Z wesolej dziewczyny zobaczylem smutna zgarbiona nastolatke.
-Przyzwyczailam sie ze nikt nie chce ze mna rozmawiac, to dla mnie normalne. Nie przejmuj sie. Ja juz uciekam, pa...
Zlapalem ja za reke kiedy chciala juz odejsc. Skad znalem to uczucie...Tak. Znalem je bardzo dobrze. Przed poznaniem Olivera mialem tak samo. Tylko ja nie probowalem nikogo poznac a Jessica faktycznie sie starala. Nie moglem jej tak zostawic, musialem jej pomoc. Nie moglem patrzec na to jak stoi skulona na srodku drogi.
-Chodzmy do parku. - Powiedzialem probujac sie jej zrewanzowac. Nie mialem ochoty wloczyc sie po cudzych domach, wolalem jakas otwarta przestrzen.
-Nie musisz sie nade mna uzalac. - Znowu mialem to samo uczucie, jakby czytala mi w myslach. Wyrwala swoja reke. No tak, spodziewalem sie takiej reakcji. Dziewczyna byla widocznie zagubiona, nie wiedziala co robi nie tak iz nie moze sobie znalezc przyjaciol.
-Nie uzalam sie nad toba. - Odparlem patrzac w jej oczy. - Bylem w podobnej sytuacji, wiesz? Mozemy porozmawiac tutaj jesli ci to odpowiada.
Skinela glowa. Usiedlismy na schodach. Czulem sie lekko dyskomfortowo gdy co chwile przed nami przejezdzaly jakies auta a ludzie ciagle patrzyli na nas jak na wariatow przysluchujac sie rozmowie. Probowalem jednak tego nie pokazywac, zalezalo mi na tej rozmowie.
-No wiec...- Zaczela rozmowe. - Nie uwazasz ze nasze zycie jest bez sensu? No tak, ty masz tego calego przyjaciela ktory wyglada jak zywa lalka.
Czy ona czasem nie mowila o Vanessie? Na pewno mowa byla o Oliverze? Moze byl naprawde przystojny ale w zadnym razie nie wygladal jak lalka. Poczulem zazdrosc z jej strony. Czego tu zazdroscic? Tez nie byla brzydka. Nie zrozumialem tego co mowi ale wiedzialem ze nie dam jej obrazac swoich przyjaciol, nie zniose zadnych slow obrazajacych kogos kto uratowal mnie z takiej sytuacji.
-Przestan go oskarzac, zrobil ci cos? - Warknalem gniewnie. - Nie wyzywaj sie na nim, prosze cie.
-A zebys wiedzial ze zrobil. - Westchnela patrzac w niebo. - Ma mase przyjaciol, laski ganiaja za nim stadami...Bo jest przystojny i to wszystko. Tak naprawde jest pewnie wredny i nieczuly tylko zgrywa ideala. Nienawidze takich ludzi.
-Czy ty siebie slyszysz? - Wstalem ze schodow. Owszem, Oliver nie byl idealny ale nie byl tez ani wredny ani nieczuly. Nie pokazujac tego bardzo martwil sie o wszystkich i probowal im pomagac. Byl najbardziej zyczliwym czlowiekiem jakiego znalem. Zawsze chcial aby wszyscy byli dla siebie mili. Nie tolerowal klotni. Za to go lubilem. - Wyrazasz sie o kims kogo nawet nie znasz. Nigdy z nim nie rozmawialas ale go oceniasz. To nie od niego zalezy ze te wszystkie dziewczyny sie za nim uganiaja czy ze ma przyjaciol. Myslisz ze jak ktos jest przystojny a wredny to ma mase przyjaciol? Mylisz sie.
-To idiota. - Powiedziala dumnie. Mialem ochote ja uderzyc w twarz ale nie umialem uderzyc dziewczyny nawet kiedy obrazala kogos kogo bardzo szanuje. Postanowilem sie nie odzywac i czekaj na jej dalsze "inteligentne" wypowiedzi. - Czy ty nie widzisz ze on traktuje te wszystkie dziewczyny jak zabawki?
-A co ty, obronczyni ucisnionych jestes? - Rozesmialem sie jak z zartu roku. - Tak sie sklada ze mial tylko jedna dziewczyne w calym swoim zyciu. Wyprowadzila sie za granice po dwoch latach zwiazku. Wiesz jak sie czul?
-Dobra, przestane owijac w bawelne. Ja chyba sie w nim zakochalam, chcialam uslyszec od ciebie czegos o nim dlatego musialam cie sprowokowac.
-Idiotka...- Warknalem. Nie lubilem obrazac plci przeciwnej ale teraz po prostu nie moglem sie powstrzymac. - Pokochalas kogos za wyglad a nawet go nie znasz. Nie mozna sie zakochac w kims przez patrzenie na niego. To puste.
-Sam jestes pusty.
-Nie pograzaj sie. Kiedy naprawde sie w kims zakochasz, chcesz spedzac z nim kazda chwile. Probujesz go jeszcze bardziej poznac. Martwisz sie o niego a nie zaczepiasz jego przyjaciol gadajac jaki jest wredny. Nie rozumiem cie.
-Przestan.
-Co mam przestac?! Probuje ci uswiadomic co to milosc bo najwyrazniej nie masz o tym zadnego pojecia, nie chce abys zranila Olivera bo gdy on sie w tobie naprawde zakocha a ty go zostawisz po kilku tygodniach bo nagle ci sie znudzi i zrozumiesz ze nigdy nie bylas w nim zakochana on zostanie calkiem sam, ze zranionym sercem.
-Dobra, spadaj. Nie nawijaj tyle, zrozumialam o czym mowisz. Sorry ze w ogole cie zaczepialam.  Mam tylko jedna prosbe, nie mow mu o niczym.
"Po moim trupie" - Pomyslalem i usmiechnalem sie tajemniczo widzac mine przyjaciela kiedy mu o tym jutro opowiem. Odwrocilem sie napiecie i poszedlem do domu. Dziwna sytuacja.



*Vanessa - Postac ktora pierwszy raz pojawila sie we wstepie. Jest lekko arogancka i wredna. Mysli ze caly swiat skupia sie na niej. W nastepnych rozdzialach dowiecie sie czegos o prawdziwych przyczynach wypadku jej rodzicow. Polecam przeczytac wstep aby dowiedziec sie czegos wiecej.
***Mam nadzieje ze pierwszy rozdzial "Story of my life" przypadl wam do gustu. Wiem, praktycznie nic sie nie dzieje ale nie martwcie sie, planuje zrobic cos w drugim rozdziale wiec mam nadzieje ze poczekacie do soboty! A za chwile na blogu 1 rozdzial NO NAME. Do zobaczenia! :)

                                                                                         TO BE CONTINUED

             
                                                 

środa, 22 października 2014

"NO NAME" - Wstep.

                                                       WSTEP

-Co tam robisz? - Spytala Kornelia patrzac mi przez ramie. Wystukiwalem smsa do matki. - Hm, czy ty musisz ja o wszystkim powiadamiac?
-W przeciwienstwie do ciebie, jestem odpowiedzialny. - Westchnalem spogladajac na nia z zadziornym usmiechem. 
-Przesadzasz, zreszta znasz moja sytuacje. - Powiedziala owijac sobie czarny kosmyk wlosow wokol palca. - Czasem zastanawiam sie nad tym dlaczego jestes taki spokojny.
-A dlaczego mialbym taki nie byc? - Spytalem piszac dalej wiadomosc. - Nie mam po co sie denerwowac.
-Nie, chodzilo mi oto...- Odparla zastanawiajac sie nad tym co powinna powiedziec. - Po prostu nigdy nie widzialam cie zdenerwowanego.
-A ja cie za to czesto widze w tym stanie. - Odlozylem telefon na polke. Kornelia bywala arogancka, chamska i szczera do bolu. Mimo to lubilem ja. Rozumialem to ze przez jej sytuacje rodzinna byla lekko zagubiona. Rok temu doszlo do wypadku, stracila siostre. Popadla w depresje. Wtedy sie poznalismy. Wspieralem ja przez caly czas az z tego wyszla. Wlasciwie nie do konca. Dalej czesto sie zalamywala ale pozniej wstala na nogi i zyla dalej. Lubilem to w niej. Nie miala zbyt duzo znajomych, byla samotna. Wszyscy jej unikali, nie probowali nawet poznac tylko stwierdzali z gory ze jest brzydka wiec na pewno tez glupia. Ja nie patrzylem na nia w ten sposob. Miala dlugie czarne wlosy i duze niebieskie oczy. Podobala mi sie jej dosc nietypowa uroda i cieply usmiech. Martwila sie o innych nawet tego niepokazujac. Zawsze kiedy bywalem smutny, pocieszala mnie mimo wlasnego samopoczucia. Czulem ze bez jej przyjazni nie dalbym rady. Ostatnio bywala jednak inna, smiala sie wiecej i caly czas ze mna rozmawiala. Czulem ze cos sie dzieje. Nie moglem przypuszczac jednak co. Pewnego dnia, kiedy siedzielismy w moi pokoju nad ksiazkami wkuwajac chemie zauwazylem ze ma czerwone oczy. "Na pewno plakala." - Pomyslalem. Zlapalem ja za reke patrzac w oczy.
-Co sie stalo? - Spytalem zmartwiony. Zawsze mowila mi co sie dzieje, teraz nie chciala nic powiedziec. Pomyslalem ze na pewno to dotyczy mnie. Puscilem jej reke i westchnalem ciezko. Nie bede jej zmuszac do odpowiedzi, jesli bedzie chciala sama kiedys mi powie. Sytuacje powtarzaly sie coraz czesciej. Ona dalej nie chciala mi nic powiedziec. Dwa miesiace pozniej, kilka tygodni przed wakacjami poszedlem do jej mieszkania sprawdzic co robi. Zapukalem do drzwi. Otworzyla mi jakas staruszka.
-Slucham cie, mlodziencze? - Powiedziala z usmiechem. - Szukasz moze czegos?
-Dzien dobry...- Usmiechnalem sie lekko zdziwiony. Nigdy jej tu nie widzialem, czy to byla babcia Kornelii? Podobno cala jej rodzina umarla, miala tylko ojca i matke. - Czy jest Kornelia? 
-Kornelia? - Spytala ze zdziwieniem w oczach. - Przykro mi, lecz nie znam zadnej Kornelii. Ale moze chodzi ci o ta mloda dziewczyne ktora wyprowadzila sie wraz ze swoja rodzina trzy dni temu?
-Wyprowadzila? - Otworzylem usta ze zdziwienia i nagle wszystko ulozylo sie w calosc. Byla smutna, plakala. Juz wiedzialem dlaczego. Nie chciala abym byl smutny jak ona. Po prostu wiedziala juz od dawna ze maja sie wyprowadzic. Z pewnoscia gdzies daleko stad. Juz wiedzialem dlaczego nie odpisywala od dwoch dni na moje smsy. Poczulem sie mimo tego zraniony. Mogla mi powiedziec, zrozumialbym. Dlaczego musieli sie wyprowadzic? Ta mysl caly czas krazyla mi po glowie ale z zamyslen wyrwala mnie staruszka.
-Tak, nie wiedziales o tym? - Usmiechnela sie starsza pani. - Pewnie byles jej przyjacielem, znalam jej rodzicow. Opowiadali mi, ze ich corka caly czas chodzi gdzies z jakims chlopakiem i staje sie to dla nich troche uciazliwe. Wejdziesz do srodka?
-Jezeli moge. - Powiedzialem zdenerwowany i jednoczesnie zdziwiony jej slowami. Dlaczego akurat uciazliwe? Nie robilismy nic zlego, tylko rozmawialismy. Staruszka wpuscila mnie do srodka. Zdjalem buty i wszedlem do salonu. Dobrze znalem ten dom, znalem kazde pomieszczenie bo czesto tu bywalem. Usialem na duzej czerwonej sofie. Wczesniej jej tu nie bylo. Wszystko teraz bylo w tym miejscu takie inne. Kobieta usiadla obok mnie.
-Slyszalam od nich iz byliscie bardzo bliskimi przyjaciolmi. - Westchnela ciezko. - Przez to wszystko ich corka, zdaje sie Kornelia, tak?  Zaczela sie mniej uczyc, palic papierosy...Podobno miala nie zdac do nastepnej klasy. Nie powinnam ci tego mowic i cie oskarzac.
-Slucham? - Nawet nie wiedzialem o tym ze zaczela palic, najwyrazniej wiele o niej nie wiedzialem. Wiedzialem tylko ze to na pewno nie moja wina. Mowila mi ze wszystko ze szkola jest okej gdy pytalem czy potrzebuje pomocy. Zastanawilo mnie to. Czy ona po prostu nie chciala mnie martwic a tak naprawde miala duze klopoty? - Przepraszam, ja nic o tym nie wiedzialem. Zapewniala mnie ze wszystko jest w jak najlepszym porzadku. Kompletnie nie rozumiem tej sytuacji.
-Naprawde? - Zdziwila sie. - Jej rodzice mowili tez o jakis narkotykach, raz wrocila w nocy do domu z rozszerzonymi zrenicami i zachowywala sie bardzo podejrzanie. To dlatego postanowili sie wyprowadzic, aby zabrac ja jak najdalej od twojej osoby.
Poczulem ze lza splywa mi po policzku. O niczym nie wiedzialem, myslalem ze to wszystko co mowi to prawda. Oszukiwala mnie. Tak naprawde pewnie wpadla w zle towarzystwo i zaczela cpac. Dziwne ze niczego nie zauwazylem, spedzalismy przeciez tyle czasu razem...Jej rodzice na pewno sadza teraz ze to moja wina, to cale jej zachowanie. Moglem sie upewnic czy na pewno wszystko jest dobrze a nie wierzyc jej na slowo. W jednej sekundzie stracilem do niej cale zaufanie. Poczulem sie jakby ta staruszka wcale nie mowila o niej. Czy bylo naprawde tak zle?
-Nie martw sie, mlodziencze. - Probowala mnie pocieszyc kobieta. - To nie twoja wina, widze po tobie ze naprawde teraz cierpisz. Przykro mi ze tak ciebie oskarzyli. Moze i lepiej ze sie wyprowadzili, najwyrazniej nic nie wiedziales o tej dziewczynie i moglo w koncu stac sie cos gorszego.
-Moze i ma pani racje. - Westchnalem ciezko spogladajac na nia. - Bede sie juz zbieral, dziekuje za rozmowe. Czuje ze gdyby nie pani nigdy bym sie o niej niczego nie dowiedzial. Naprawde bardzo dziekuje. Do widzenia.
Wstalem z sofy i pokierowalem sie do wyjscia. Lzy automatycznie splywaly mi po policzkach. Myslalem ze tak dobrze ja znam, a jednak. Osoba ktora byla moja przyjaciolka, tak naprawde byla dla mnie calkiem obca. Wyszedlem z mieszkania trzaskajac drzwiami. Wybieglem szybko z bloku. Nie mialem teraz ochoty wracac do domu. Nie mialem na nic ochoty.

***Przepraszam za brak polskich znakow, niestety moj laptop posiada tylko niemieckie ale mam nadzieje ze da sie to przeczytac. Jest to jedynie wstep opowiadania ale mozliwe iz jutro okaze sie pierwszy rozdzial w ktorym Matthew (tak ma na imie glowny bohater) dowie sie jeszcze wiecej o swojej "przyjaciolce" ale nie bede wam "spoilerowac" wiec do pierwszego rozdzialu! :)

                                                                                         TO BE CONTINUED
                                                                                 +Przepraszam iz wstep jest taki krotki.